8 lutego 2017

Białe Chryzantemy - Rozdział I

Skoro mam, od razu wstawię pierwszy rozdział. Nie porzucam Shizayi, ale no...

***


Po raz kolejny nerwowo obróciłem między urękawiczonymi palcami samoprzylepną, jadowicie różową karteczkę – swoją drogą cały klej, swego czasu całkiem skutecznie przyklejający papierek do moich dłoni, już dawno stracił swoje właściwości, ubrudzony kurzem i drobnymi okruszkami zebranymi z kieszeni mojego płaszcza – z zapisanym drobnymi, równymi znakami adresem, po czym uniosłem spojrzenie znad papierka, mając szczerą nadzieję, że mój cel zechce ukazać się tuż przed moimi oczyma, najlepiej wyraźnie demonstrując mi swoją obecność dużym banerem w jakimś krzykliwym kolorze. Może zielonym? Nie warto było jednak analizować, jaki kolor najskuteczniej przyciągnąłby rozproszoną uwagę, bo niestety nie spotkało mnie cudowne objawienie się lokalu, o którego egzystencji właśnie na tej jednej, konkretnej ulicy byłem absolutnie przekonany. Przecież nawet nie mogło być mowy o błędzie, starannie przepisałem wszystkie dane odnośnie adresu z otrzymanego kilka tygodni wcześniej meila, sprawdzając je jeszcze kilkakrotnie przed opuszczeniem mieszkania zaledwie kilkadziesiąt minut temu, więc myśl o pomyłce była wprost niedopuszczalna. Ściągnąłem nieznacznie wargi, karteczkę wsuwając do kieszeni i zastępując ją ściereczką, którą przetarłem szybko zaparowane okulary, licząc na to, że to przez skraplającą się na nich wodę nie byłem w stanie odczytać prawidłowego adresu, ale niestety – kolejna próba spełzła na niczym, a ja z każdą mijającą sekundą byłem coraz bliżej spóźnienia się na praktyki już pierwszego dnia. Lepszego początku kariery prawniczej wprost nie mogłem sobie wymarzyć, tego byłem pewien.
Możesz być z siebie dumny, Yuri.
Mruknąłem, poprawiając okulary i znowu zerkając na wypisany adres, a potem rozglądając się wokół, czując jednocześnie coraz bardziej narastającą desperację. Naprawdę nie mogłem się spóźnić, a towarzyszący mi w tej chwili stres, skutecznie pogłębiany tylko przez nieubłaganie przesuwającą się przed siebie wskazówkę zegarka, bynajmniej nie pomagał mi w racjonalnym podejściu do sprawy. Drżący już z zimna, poprawiając zsuwający się szalik, wyruszyłem przed siebie z zamiarem jak najszybszego przejścia całej ulicy wzdłuż i wszerz, byleby tylko dotrzeć wreszcie do celu i nie wywrzeć tak negatywnego pierwszego wrażenia, na co się zanosiło. Niestety, kancelarii adwokackiej jak nie było, tak nie było nadal i zdecydowanie nie zanosiło się na żadną zmianę w tej jakże kruchej materii, chociaż byłbym w stanie oddać za to naprawdę wiele, zdecydowanie woląc nie przejść do historii jako praktykant, który stracił miejsce odbywania praktyk zanim w ogóle do niego dotarł. Nie było to szczególnie chwalebne osiągnięcie, a przynajmniej ja nie odczuwałbym potrzeby pochwalenia się nim w gronie rodziny i przyjaciół, chociaż zdawałem sobie sprawę, że z pewnością po tym świecie stąpały persony gotowe do podzielenia się z całym otoczeniem takimi ekscesami. Pokręciłem lekko głową, naprawdę nie uważając, by był to odpowiedni moment na takie przemyślenia, po czym rozejrzałem się po raz kolejny, szybko przebiegając spojrzeniem po zamontowanych na ścianach budynków tabliczkach z numerami, nie dostrzegając jednak wśród nich tego, którego tak uparcie szukałem, a który zdawał się specjalnie z mojego powodu skryć przed spojrzeniami ciekawskich. Może... Może jednak pomyliłem się przy przepisywaniu numeru budynku albo, co gorsza, przecznicy? Świadomość, że równie prawdopodobne jest przebywanie zaledwie kilka kroków od celu, jak i znajdowanie się w zupełnie innej części miasta zdecydowanie nie należała do pocieszających czy podnoszących na duchu, wprawiając mnie tylko w jeszcze większą konsternację. Naprawdę, to musiało być gdzieś tutaj, niedaleko!

Do oderwania spojrzenia od rozświetlonego ekranu komórki zmusił mnie nieprzyjemnie wysoki, bolesny wręcz dla nieosłoniętych uszu dźwięk dzwonka, wiszącego nad drzwiami, zza których wyłonił się właśnie jakiś mężczyzna. Nieco speszony faktem, że z pewnością uważnie lustrował całą moją sylwetkę, uniosłem wzrok znad komórki, ku swej ogromnej uldze odnotowując przy tym, że twarz nieznajomego zdobił ciepły, wyjątkowo i zaskakująco wręcz przyjazny uśmiech, którym nigdy nie spodziewałbym się zostać obdarzonym przez zupełnie obcą osobę. Mężczyzna jednak, chociaż naprawdę czułem się nieco niekomfortowo przez fakt, że prawdopodobniej byłem jedyną przyczyną porzucenia tego, czym akurat był zajęty tylko po to, by komuś zupełnie przypadkowemu zadać bardzo proste, ale zdające się być prawdziwym wybawieniem pytanie.
Zgubiłeś się? Już któryś raz przechodzisz obok...
Przez silny, zagraniczny akcent, najprawdopodobniej wywodzący się z rosyjskiego – do czego jednak nie byłem w pełni przekonamy, jako, że język ten miałem okazję słyszeć co najwyżej przelotnie w telewizji – w pierwszej chwili miałem problem ze zrozumieniem jego słów, a wnioskując po jego strapionej minie, sam z pewnością doszedł do wniosku, że musi nieco bardziej się wysilić, by zostać w pełni zrozumianym. Powtórzył więc swoje słowa nieco wolniej i wyraźniej, po czym gestem nakazał mi wejść do lokalu, tłumacząc przy tym, że stanie bez kurtki czy chociaż swetra w otwartych drzwiach w środku zimy i wietrzenie przy okazji pomieszczenia jest zdecydowanie złym pomysłem. Bezmyślnie wsunąłem się więc zanim do ciepłego wnętrza, z zainteresowaniem rozglądając się wokół i odkrywając, że miałem przyjemność znaleźć się w ładnie urządzonej kwiaciarni, zewsząd zalewany falą kwiatów, o dziwo niezemdlony przez ich intensywny, słodki zapach. Czułem się nieco niezręcznie, ignorując mężczyznę, który zdążył już oprzeć się plecami o ladę i założyć ramiona na piersi, przyglądając mi się z wyraźnym zainteresowaniem. I właśnie to spojrzenie sprawiło, że wróciłem do rzeczywistości, speszony lekko faktem, że nieznajomy przygląda mi się z taką intensywnością, chociaż wciąż towarzyszący mu uśmiech z pewnością ocieplał jego wizerunek.
Przepraszam pana za kłopot.
Powiedziałem niemalże odruchowo, machinalnie przy tym kłaniając się nieznacznie i dopiero po chwili karcąc się za to w myślach, uświadamiając sobie, jak silne mogą być przyzwyczajenia czy też wzorce zachowania wpajane od najmłodszych lat. Skoro sam zainteresował się moją osobą, uparcie przemiatającą ulicę w tę i z powrotem, na pewno nie był to dla niego żaden problem, w innym wypadku po prostu nie zdecydował się na fatygę. Mimo to czułem się niezręcznie, podchodząc bliżej niego i wysuwając z kieszeni płaszcza poważnie już zmęczoną życiem karteczkę, ale chowając ją szybko, bo naprawdę nie prezentowała się najlepiej, brudna i pomięta. Zamiast tego wydobyłem telefon, odblokowując go szybko i obracając, by mężczyzna mógł bez najmniejszego problemu odczytać wyświetlający się tuż przed jego oczyma adres.
Szukam tego adresu, konkretnie kancelarii. Jeśli to nie problem oczywiście.
Wyjaśniłem natychmiast, doskonale wiedząc, że nasza rozmowa przebiega wyjątkowo niezręcznie i sztywno, ale w gruncie rzeczy miałem tylko zapytać o adres i najprawdopodobniej nigdy więcej nie spotkać stojącego tuż obok mnie człowieka, ewentualnie tylko czasami mijając witrynę kwiaciarni. Tak jak i dziesiątki innych witryn, niezmiennie każdego dnia, nie zwracając nawet uwagi na to, co może się za nimi kryć. Poza szarą codziennością i rutyną, powtarzaną nieprzerwanie dzień w dzień.
Więc... Wie pan może, jak tam trafić?
Zapytałem po dłuższej chwili milczenia, nerwowo zerkając na wyświetlającą się w prawym górnym rogu ekranu komórki godzinę, odnotowując o zgrozo, że od mojej sromotnej zawodowej klęski dzieli mnie zaledwie dziesięć minut, w efekcie czego spojrzałem ponaglająco na wyraźnie zamyślonego rozmówce, który jednak kilka sekund później zdawał się przeżyć prawdziwe olśnienie. Zmarszczki między jego, ściągniętymi do tej pory, brwiami natychmiast się wygładziły, a na jego twarzy znów zagościł uśmiech.
Wejście nie jest na tej ulicy, musisz cofnąć się do poprzedniej przecznicy, mniej więcej na tej wysokości znajdziesz coś w guście ślepego zaułka, zresztą przy jego wylocie wisi tablica z nazwą.
Powiedział z wręcz nieludzkim entuzjazmem, jakby właśnie wcale nie dzielił się ze mną czymś tak prozaicznym, jak instrukcje dotyczące wskazania drogi do odnalezienia podanego adresu. Czułem się jednak nieco pewniej, bo mężczyzna sprawiał wrażenie naprawdę pozytywnej osoby, która z pewnością nie uzna poświęceniu mi pięciu minut życia za stratę czasu; przynajmniej na pierwszy rzut oka. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, gdy wreszcie spod lady wydobył długopis i jakiś notes, z którego wyrwał kartkę, by przystąpić zaraz do sporządzania mapki, dodatkowo jeszcze słownie udzielając mi wskazówek, przy czym odnotowałem, że stara się jak najskuteczniej zwalczyć utrudniający zrozumienie go akcent.
Kiedyś przejść można było też od tej strony, ale w środku przejścia postawili jakieś kontenery, a potem ścianę. W gruncie rzeczy teraz już powinieneś bez problemu trafić.
Wzruszył lekko ramionami, przygryzając skuwkę długopisu i jeszcze kilka sekund studiując dopiero co stworzony przez niego plan, dopiero po tej pełnej skupienia analizie podając mi kartkę i uśmiechając się. Naprawdę niemalże nie dowierzałem, jak często był w stanie raczyć uśmiechami zupełnie obcą osobę, tym bardziej, gdy owa osoba była w stanie tylko grzecznie potakiwać, najpierw zaciskając zmarznięte palce na komórce, a potem kartce z mapką, którą też zaraz po otrzymaniu uważnie przestudiowałem, dopiero po tym procederze decydując się na sprawdzenie godziny i odkrywając, że miałem zaledwie siedem minut na cofnięcie się do początku ulicy, okrążenie budynków i dotarcie do celu, co jednak w tej chwili nie było już tak przerażające. Z wdzięcznością spojrzałem na mężczyznę i po raz kolejny skłoniłem się przed nim lekko, nie walcząc już nawet z nieco irytującym niekiedy nawykiem.
Bardzo dziękuję panu za pomoc.
Powiedziałem szybko, prostując się zaraz gwałtownie, a po kolejnym powtórzeniu słowa "dziękuję", na które to zresztą mój wybawiciel zareagował pełnym rozbawienia śmiechem i krótkim "nie ma za co", zacząłem cofać się do drzwi. Gdy tylko boleśnie wysoki dźwięk dzwonka ucichł, jeszcze raz spojrzałem na kartkę, by zaraz szybko ruszyć w odpowiednim tym razem kierunku.

Wychwalając pod same niebiosa jasnowłosego mężczyznę, który zechciał zainteresować się mym marnym losem, w przeciągu pięciu minut dotarłem na miejsce, mając dzięki temu jeszcze minutę na ściągnięcie płaszcza, wygładzenie marynarki i przeczesanie palcami lekko rozwichrzonych włosów. Z zaczerwienionymi przez zimno policzkami niestety nie bylem w stanie nic zrobić, ale akurat naturalna reakcja organizmu na niską temperaturę nie mogła zrujnować mojego wizerunku, więc po zaczerpnięciu jeszcze kilku uspokajających oddechów, przewiesiłem płaszcz przez zgięte ramię i przemieściłem się korytarzem w głąb lokalu, by po pokonaniu wiatrołapu znaleźć się w zajmowanej przez sekretarkę części. Siedząca przed komputerem kobieta w średnim wieku spojrzała na mnie ze znużeniem znad oprawek czarnych okularów, po czym przywołała na twarz, ćwiczony z pewnością całymi latami, promienny uśmiech, zdecydowanie nie mogący się jednak równać z tym, który zaprezentował mi zaledwie kilka minut wcześniej miło wyglądający Rosjanin. Chyba Rosjanin, bo jego narodowość stanowiła dla mnie zagadkę, nie wartą teraz jednak roztrząsania, bo na głowie miałem ważniejsze sprawy.
Był pan umówiony?
Głos kobiety nie był już tak przyjemny jak jej ogólna prezencja, ale nie jej winą było w gruncie rzeczy uderzanie w zbyt wysokie tony na samym końcu pytania, na które chciałem czym prędzej odpowiedzieć.
W sumie... Dzisiaj miałem zacząć tutaj praktyki, umówiony byłem na – kontrolnie zerknąłem na zdobiący przegub mojej prawej dłoni zegarek – dokładnie dwie minuty temu.
Kobieta kontrolnie zajrzała do leżącego przed nią kalendarza, poprawiając przy tym okulary, a potem wydobywając spomiędzy kartek jakiś świstek, na którym jednak tuż obok godziny wypisano starannie moje nazwisko. Poniżej dopisano coś jeszcze, ale litery niestety były zdecydowanie za małe, żebym mógł odczytać je z większej odległości, chociaż zaciekawiony wytężałem spojrzenie jak tylko mogłem, uznając jednak wreszcie, że naprawdę nie mam żadnych szans w starciu z drobnym, nieco pochyłym pismem.
Katsuki Yuri, tak? – pokiwałem twierdząco głową, dopiero teraz uświadamiając sobie, że nie wpadłem nawet na pomysł przedstawienia się, chociaż zdecydowanie były to podstawy dobrego wychowania. Niedługo powinienem przyznać sobie order niszczyciela dobrego pierwszego wrażenia, bo z dnia na dzień byłem w tym coraz lepszy, z pewnością miażdżąc wszelką konkurencję swoim niewątpliwym talentem. Szkoda tylko, że moje ponadprzeciętne umiejętności ograniczały się w znacznym stopniu do negatywów jak skuteczne rujnowanie własnego wizerunku. W pełnym nerwów odruchu przygryzłem dolną wargę, szybko ją jednak puszczając, bo niekoniecznie zależało mi na sprawianiu wrażenia zagubionego dzieciaka, chociaż obserwująca mnie bacznie sekretarka z pewnością już za takowego mnie uznała. Tak, zdecydowanie byłem niedoścignionym mistrzem w dziedzinie pogrążania się już przy pierwszym spotkaniu. Tym bardziej, że najwyraźniej sprawiałem wrażenie wyjątkowo zagubionego w rzeczywistości, skoro nawet zupełnie obcy mi mężczyzna poczuł się w obowiązku do wybawienia mej osoby z opresji, chociaż ja wciąż chciałem wierzyć, że po prostu był wyjątkowo przyjaźnie nastawioną do ogółu osobistością. Zresztą nieważnym było, jakie były przyczyny zainteresowania się mną przez tamtego człowieka, skoro ten trwający zaledwie kilka minut epizod zdecydowanie poprawił mi humor i pozwolił chociaż odrobinę odsunąć od siebie stres.

Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero głos kobiety, która oznajmiła, że zaprowadzi mnie do mojego gabinetu, bo w tej chwili moja nowa pracodawczyni nie jest niestety w stanie się ze mną spotkać, bo spotkanie z klientem wyjątkowo się przeciągnęło. Ze zrozumieniem pokiwałem głową, naprawdę nie dowierzając, ile można mieć równocześnie szczęścia i pecha --- niemalże spóźniłem się na wyznaczoną godzinę, a teraz okazało się, że niepotrzebnie panikowałem, bo kilka minut spóźnienia nie zostałoby nawet zauważone. Czułem się jednak zdecydowanie lepiej z myślą, że pojawiłem się punktualnie, na mojej twarzy zagościł nawet blady uśmiech, gdy za odzianą w obcisłą spódnice sekretarką ruszyłem w kierunku schodów, by dostać się zaraz na drugie piętro, rozglądając się przy tym z zainteresowaniem. Wnętrze było stonowane, pozbawione niepotrzebnych dodatków i udziwnień, a beżowo-błękitne ściany z pewnością mogłyby ukoić zszargane nerwy nie jednej osoby, a w tym również i moje.
To tutaj.
Stukot uderzających w drewnianą podłogę obcasów urwał się gwałtownie, gdy kobieta zatrzymała się przed jednymi z drzwi, wsuwając zaraz klucz do zamka, by otworzyć je przede mną na oścież i dać chwilę na obrzucenie pomieszczenia spojrzeniem. Urządzone w tym samym stylu co reszta kancelarii biuro wyglądało na tyle przytulenie, bym bez skrępowania wsunął się do środka, przyjmując zaraz klucz i wysłuchując instrukcji na temat działania telefonu wewnętrznego i służbowego laptopa, który stał już na biurku, wciąż jednak schowany w torbie. Moim jedynym zadaniem przez kolejne minuty było jedynie potakiwanie i sporadyczne zadawanie pytań o pominięte szczegóły, będąc zdania, że lepiej przygotować się na każdą ewentualność. Na koniec jeszcze otrzymałem hasło wi-fi, po czym kobieta z życzliwym uśmiechem życzyła mi miłego dnia, dodając tylko, że niedługo pewnie zostanę wezwany do szefowej, a na razie mogę się rozgościć w nowym miejscu pracy. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, natychmiast przystąpiłem do zapoznawania się z nowym miejscem, począwszy od wyjrzenia przez okno, dzięki czemu moim oczom ukazała się ulica, którą przemierzałem uparcie zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej, a po przeciwległej jej stronie, dokładnie naprzeciwko okna, wypatrzyłem szyld kwiaciarni, którą miałem okazję odwiedzić. Z tej odległości nie widziałem rzecz jasna ozdobnych liter, a wyraźna pozostawała dla mnie jedynie jasna płaszczyzna baneru, ale nie miałem rzecz jasna żadnych wątpliwości co do tego, jaki lokal miałem teraz okazję obserwować. Uśmiechnąłem się lekko, po czym zabrałem się za zapoznawanie się z gabinetem, uznając, że oswojenie nowego miejsca, w którym przebywać miałem kilka godzin dziennie, zdecydowanie jest dobrym pomysłem. Porzuciłem więc wszelkie rozpraszające mnie myśli, po czym przystąpiłem do eksplorowania nowego, nieodkrytego terenu, ku swemu ogromnemu zadowoleniu odkrywając ukryty za regałem kącik, którego najważniejszy dla mnie element stanowił czajnik, a zaraz po nim zabudowana lodówka wielkości szafki, jak i sama szafka. Miejsce wprost stworzone dla studenta, do pełni szczęścia wręcz brakowało mi jedynie słoika kawy i zapasu zupek instant. I najgorszy w tym wszystkim był chyba fakt, że faktycznie chętnie przyjąłbym pod swoją opiekę najlepiej cały kartom jakże zdrowych posiłków w postaci sprasowanego makaronu i saszetki śmierdzących czystą chemią przypraw. Zdecydowanie nic nie wypaczało światopoglądu człowieka tak jak studia. Z tym przeświadczeniem wyruszyłem na podbój regału, zastawionego pustymi segregatorami i ozdobnymi pudełkami, do samego popołudnia czekając grzecznie na spotkanie z nową szefową, która, dzięki bogu, okazała się być całkiem sympatyczną kobietą.

***

Pierwsze kilka dni "pracy" trudziłem się głównie przygotowywaniem sobie kawy, układaniem długopisów w stojącym na biurku organizerze i wyglądaniem za okno w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogłoby mi zwalczyć nudę. Niestety naprawdę nie miałem teraz nic, czym mógłbym się zająć, bo wszystkie dokumenty, których zresztą niewiele miałem, ułożone były ładnie w teczkach, długopisy prezesowały się wprost doskonale, ułożone kolorystycznie, a komputer skonfigurowałem już pierwszego dnia, gdy tylko doszedłem do wniosku, że niefunkcjonalne pudełka będą idealne do przechowywania zapasu kawy, ciastek i przede wszystkim doskonałego, pożywnego obiadu w postaci zupek instant, zdecydowanie stanowiących podstawę zbilansowanej diety każdego studenta czy też nieszczęśnika, który dopiero co utracił ten status wraz ze wszystkimi zniżkami, co akurat było ciosem zdecydowanie boleśniejszym. Chociaż biorąc pod uwagę, że moja wypłata za same praktyki miała być zaskakująco wysoka, raczej nie musiałem się takim bolesną stratą przejmować, a dodatkowo z pewnością jeszcze przygotować na regularne pożyczanie pieniędzy i odpowiadanie za zakupy spożywcze, żeby mój nieszczęsny współlokator i najlepszy przyjaciel w jednym nie wyzionął ducha z głodu. Cóż, jakoś nie palił się do rozglądania się za miejscem, w którym przyjęto by go na praktyki, wyjątkowo przez co to ja musiałem sprawować rolę niańki, odpowiedzialnej za swojego nierozgarniętego, ale sympatycznego przy tym podopiecznego. Co gorsza, mój nowy podopieczny był starszy, chociaż zdecydowanie nie warto było roztrząsać różnicy zaledwie kilku miesięcy; mimo wszystko fakt ten wcale nie nastrajał pozytywnie, a ja naprawdę powoli zaczynałem już się martwić, wmawiając sobie przy okazji, że żadne zmartwienia wcale nie prześladowały mnie od momentu otrzymania przez nas dyplomów.
Yuri, szefowa chce cię widzieć.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos sekretarki, która bez pukania otworzyła drzwi i zastała mnie w trakcie pełnego konsternacji wpatrywania się w koszyczek z długopisami, jakbym starał się właśnie odkryć tajemnicę, leżącą u fundamentów istnienia wszechświata. To, że kobieta zwróciła się do mnie po prostu po imieniu w żadnej mierze mnie nie zdziwiło, bo w przeciągu dwóch czy trzech dni przeszedłem z większością aktualnych współpracowników na "ty", czując się jednak z tym nieco niezręcznie i niejednokrotnie zwracając się do spotkanych ludzi jak najbardziej grzecznościową formą, za co przepraszałem zaraz, dodatkowo odruchowo się kłaniając i zazwyczaj tym, irytującym mnie już szczerze, przyzwyczajeniem wywołując tylko uśmiech. Sam naprawdę nie miałem pojęcia, czy powinienem uwielbiać to miejsce za mimo wszystko przyjazną atmosferę, czy może jednak nienawidzić ze względu na moje przyzwyczajenia, ciągle jeszcze wywołujące rozbawienie.
Już idę.
Podniosłem się z ociąganiem z wygodnego, miękkiego fotela, po czym chwyciłem za leżący na biurku klucz, by zamknąć za sobą drzwi i wyruszyć w drogę na parter, poprawiając jeszcze po drodze krawat i wygłaszając rękawy marynarki. Może w końcu miałem dostać jakieś konkretniejsze zadania niż ustawianie na półkach dziesiątek dotyczących prawa tomisk? Co prawda nie było to złe zdjęcie, tym bardziej, gdy musiałem wytrzymać jakoś osiem godzin i nie przysnąć nad kubkiem kawy, ale jednakże pasjonujące nie było. Gdy tylko jednak zrozumiałem, jaka była przyczyna wezwania mnie przez szefową, zamarłem, w niemym szoku wpatrując się w szeroko uśmiechniętą przyczynę mojego zmieszania, o której okazję miałem rozmyślać zaledwie kilka minut wcześniej.

Phichit, bo to właśnie mój szanowny najlepszy przyjaciel stał właśnie przede mną z uśmiechem przyklejonym do twarzy, wydawał się pozostać niewzruszony moim nieskrywanym szokiem, ale przynajmniej nie byłem tutaj jedyną zaskoczoną osobą, bo moją pracodawczynię równie mocno zdziwiła chyba moja reakcja na widok rozpromienionego Tajlandczyka, który przystąpił właśnie do przyjacielskiego poklepywania mnie po ramieniu. Tak, jakby miało mi to pomóc w zrozumieniu sytuacji, w rzeczywistości jednak wprawiając mnie tylko w stan nasilającej się konsternacji.
Mówiłem ci wczoraj, że chyba w końcu znalazłem kancelarię, która przyjmie mnie na praktyki.
Wzruszył lekko ramionami, a ja ściągnąłem nieznacznie brwi, starając się odtworzyć w myślach przebieg całego poprzedniego dnia i zorientować się, w którym momencie Phichit mógłby chociaż teoretycznie pokusić się o podzielanie się ze mną tak drobnym i jakże nieistotnym przy tym szczegółem. Wreszcie też z całą stanowczością stwierdziłem, że nie widziałem go do samego wieczora, przy czym po wspólnej kolacji obaj zniknęliśmy za drzwiami swoich pokoi, a od momentu życzenia sobie wzajemnie dobrej nocy, nie widziałem go aż do teraz, bo nie miał zwyczaju wstawania "bladym świtem", gdy nie było takiej konieczności. Sam nie byłem w tej materii lepszy, ale niw to stanowiło teraz problem.
Nic nie mówiłeś.
Osądziłem wreszcie, pobieżnie jeszcze odpowiadając na pytania naszej wspólnej już pracodawczyni, która nie zauważyła wcześniej, że Phichit i ja dzielimy ten sam adres, przy okazji będąc jeszcze absolwentami tego samego uniwersytetu i, jak poinformowałem ją jeszcze dla rozwiania wszelkich wątpliwości, przyjaciółmi. Niestety, jak miałem ochotę dodać w ramach wyjątkowo nieskutecznej zemsty za zatajenie przede mną tak ważnych informacji, ale czego nie miałem jednak serca powiedzieć prosto w twarz rozpromienionego Tajlandczyka. Również ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu, własną osobą tym razem. Jeśli mogłem tak to określić, byłem zdecydowanie zbyt pobłażliwy w naszej relacji, chociaż zdecydowanie częściej wychodziło mi to na dobre, do czego musiałem się przyznać.
W takim razie... Niespodzianka! Od dzisiaj pracujemy razem, Yuri!
Uśmiechnął się promiennie niczym obdarowane całymi tonami słodyczy dziecko, by w następnej chwili zamknąć mnie w ciasnym uścisku, demonstrując mi tym samym rozpierające go zadowolenie z faktu, że będzie mógł spokojnie znęcać się nade mną nie tylko w domu. Prawdę mówiąc, doskonale zdawałem sobie sprawę, że wkrótce pamięć jego telefonu pełna będzie fascynujących zdjęć ze mną w roli głównej, obrazujących moje porywające i niebywale interesujące funkcjonowanie w pracy. Teraz pozostawało mi tylko czekać na profesjonalną sesję zdjęciową przy układaniu długopisów, parzeniu kawy czy wydobywaniu ciastek z odmętów jednego z pudełek. Nie wątpiłem jednak, że mój fotograf zadba również o doskonałe ujęcia, na których akurat obleję się kawą po usłyszeniu czegoś wyjątkowo idiotycznego albo ewentualnie nakruszę sobie na koszulę i kolana. Skrzywiłem się nieznacznie, łapiąc przyjaciela za ramiona i odsuwając go od siebie tak daleko, jak tylko pozwalały mi na to wyciągnięte prosto ramiona. Doskonale wiedząc, co zaraz usłyszę, zdecydowałem się go uprzedzić i uśmiechnąłem się lekko, bynajmniej nie musząc się do tego zmuszać, a dodatkowo jeszcze zapewniając go, że mimo wszystko naprawdę cieszę się, że go tutaj widzę. W gruncie rzeczy zdecydowanie łatwiej będzie w pełni zaadaptować się w nowym miejscu z kimś znajomym u boku, chociaż z pewnością jeszcze nie raz pożałuję jego obecności.
Yuri, w takim razie może sam oprowadzisz kolegę?
Od przemyśleń oderwał mnie głos wciąż siedzącej za biurkiem kobiety, a ja odruchowo przytaknąłem, po czym pożegnałem się grzecznie i zaraz zostałem wyciągnięty na korytarz przez samego zainteresowanego oprowadzaniem. Co prawda niewiele miałem mu do pokazania, bo objaśniłem mu tylko pokrótce sposób numeracji biur, a gdy tylko otrzymał klucz do swojego nowego gabinetu – który tak po prawdzie zdecydowanie nie był mu potrzebny, bo doskonale wiedziałem, że każda wolną chwilę i tak będzie spędzał u mnie, wypijając mi kawę i podbierając ciastka, rzecz jasna uwieczniając to jeszcze dla potomności – zaprowadziłem go na miejsce, z zadowoleniem odnotowując, że nasze biura mieściły się tuż obok siebie i dzieliła je jedynie ściana. Po pokazaniu Phichitowi, gdzie mieści się łazienka, wsunąłem się za nim do jego nowego gabinetu, nie odnajdując w nim jednak niczego interesującego, bo stanowił wręcz lustrzane odbicie mojego własnego. Nie musiałem nawet wyglądać przez okno, by doskonale wiedzieć, że ma równie dobry widok na witrynę kwiaciarni, jak i na cały rząd sklepów, którym z braku lepszego zajęcia przyglądałem się w przerwach od porządkowania idealnie ułożonych dokumentów. Uśmiechnąłem się nieznacznie, gdy po przesunięciu się do okna w celu uchylenia go, bo mimo ujemnej temperatury panującej już od ładnych kilku dni jednak warto było wywietrzyć duszny gabinet, zobaczyłem wysuwającego się z lokalu jasnowłosego mężczyznę, wokół nóg którego plątała się puchata, brązowa kulka. Jak zdążyłem zauważyć przez minione kilka dni, mój niedawny wybawiciel codziennie o tej samej godzinie wyprowadzał na spacer psa, który codziennie towarzyszył mu w pracy. Czułem się nieco dziwnie ze świadomością, że obserwuję zupełnie obcego sobie człowieka, ale w gruncie rzeczy chyba nie musiałem się tym przejmować, bo zawieszenie na nim spojrzenia raz dziennie na kilka sekund zdecydowanie nie mogło wyrządzić nikomu szkody.
Na co patrzysz?
Phichit przysunął się do mnie i powiódł wzrokiem za oddalającą się powoli sylwetką blondyna oraz pudla, po czym spojrzał na mnie z wysoko uniesioną brwią, zaraz jednak zmieniając pytające spojrzenie na bardziej karcące, jakbym ukrył przed nim coś wyjątkowo istotnego. Nieważnym rzecz jasna było, że sam to zrobił. Wzruszyłem lekko ramionami i obróciłem się plecami do okna, poluzowując odrobinę krawat i opierając się o parapet. Mój szanowny przyjaciel wciąż przeszywał mnie spojrzeniem, gotów już wyraźnie, by w ciągu kolejnych minut zaprezentować mi co najmniej kilka teorii spiskowych dotyczący łączących mnie z tym obcym mu człowiekiem relacji. Na jego nieszczęście, wiedziałem o tym człowieku tyle samo co i on, co burzyło wszelkie rodzące się w jego umyśle teorie. Wiedziałem doskonale, że szczerze rozczaruję go informacja, że nie znamy się z przedszkola, potajemnie nie pobraliśmy się miesiąc temu, opcjonalnie, że nie jestem jego kochankiem, z którym zdradza ciężarną żonę.
Mówiłem ci, że za pierwszym razem nie mogłem tu trafić. Tylko pokazał mi drogę, serio, Phichit, zamieniliśmy może ze trzy zdania.
Skoro tak twierdzisz...
Wywróciłem oczyma, tym samym, ku rozpaczy przyjaciela, kończąc temat. Zresztą tak naprawdę nawet go jeszcze nie zaczęliśmy, a zaczynanie go bynajmniej nie miało sensu, bo równie dobrze mogliśmy dyskutować na temat ekspedientki pracującej w supermarkecie stojącym na przeciwko bloku, w którym mieściło się nasz mieszkanie. Chociaż... Rozmowa na temat ekspedientki zajmującej się stoiskiem alkoholowym miała zdecydowanie więcej sensu, bo ostatnimi czasy zdarzało się jej patrzeć na Phichita maślanymi oczyma, a nawet zamieniła z nim kilka słów więcej niż wymagał tego zakup alkoholu. W gruncie rzeczy każdy temat był lepszy od spiskowania na mój temat, prawda? Tym bardziej, gdy twój najlepszy przyjaciel uzna, że czas znaleźć dla ciebie idealny obiekt westchnień, a potem zmusić cię do zainteresowania się nim i przekonać, że jesteś wprost stworzony do miłosnych podbojów. Brakowało tylko, by – zdecydowanie za bardzo interesując się moim życiem uczuciowym, którego istnienia najprawdopodobniej nigdy nie odnotował, zresztą w znacznej mierze słusznie – zaczął regularnie wyciągać mnie po kolei do wszystkich klubów w mieście, licząc na to, że znajdzie tam kandydatkę na moją przyszłą żonę czy ewentualnie kandydata na męża. Na samą myśl o takim spędzaniu wieczorów wzdrygałem się nieznacznie, zdecydowanie nie będąc zwolennikiem spędzania czasu wśród kłębowiska ludzkich ciał, nad którymi unosił się odór potu, alkoholu i papierosów, tworząc wręcz wybuchową mieszankę. Wprost wyśmienite warunki dla utworzenia prywatnego jednoosobowego biura matrymonialnego, prawda? Tym bardziej, że jego jedynemu pracownikowi niestraszne były trudne warunki pracy i nieprzychylny przymusowy klient, starający się za wszelką cenę uniknąć wyswatania z zupełnie obcą osobą. Westchnąłem, odpędzając od siebie zbędne w tej chwili myśli, i spojrzałem na znów uśmiechniętego Phichita, by zaraz z niedowierzaniem pokręcić głową i samemu lekko się uśmiechnąć.
Czasami nie wierzę, jak mogę przyjaźnić się z takim idiotą.
Energiczniej pokręciłem głową, jakby z żałością analizując, dlaczego okrutny los kazał spotkać mi go na swojej drodze. Prawdę mówiąc, gdyby istniał na tym świecie człowiek odpowiedzialny za to, jakich ludzi dane było mi poznawać, zdecydowanie byłbym gotów bić przed nim pokłony i całować jego buty, dziękując nieprzerwanie.
Nie narzekaj, tylko pokaż mi lepiej, gdzie trzymasz kawę.
Jego uśmiech pogłębił się jeszcze bardziej, a ja poważnie rozważyłem opcję cofnięcia wszystkiego, co dotyczyło gorących podziękowań za nasze spotkanie, nie mając jednak serca tego zrobić. Dlatego też po krótkim "jesteś niemożliwy" i jeszcze krótszym "chodź", wyszedłem z jego gabinetu, by całe popołudnie spędzić na popijaniu kawy, pierwszy raz naprawdę szczerze zadowolony z faktu, że mogę nudzić się w czyimś towarzystwie i zdecydowanie nie mając zamiaru z tego towarzystwa rezygnować. Nawet, jeśli towarzystwo owo odpowiedzialne było za nakruszenie na mojego laptopa w przeciągu pięciu minut od podebrania mi paczki ciastek – zagarniając przy okazji laptopa i bynajmniej nie mając zamiaru mi go udostępnić – sprawienie, że oplułem się kawą przez idiotyczne wywody, a także uwiecznienie tego na zdjęciu i upublicznienie wbrew moim protestom. Mimo to wciąż byłem wdzięczny losowi, że właśnie jego mogłem określać mianem swojego przyjaciela, całkowicie pewien, że zawsze będzie to stały element mojego życia.

Nie mogłem jednak przewidzieć, że wkrótce w moim życiu pojawi się ktoś jeszcze, za zesłanie kogo jeszcze goręcej byłbym w stanie dziękować, a kogo również zechcę zatrzymać przy sobie na zawsze. Albo jeszcze dłużej. Tym bardziej nie zdawałem sobie sprawy, że miałem już przyjemność chociaż przelotnie zamienić z tą osobą kilka nic nie znaczących słów, nie przeczuwając nawet, że w nie tak dalekiej przyszłości będziemy mieć okazję sztywne grzecznościowe zwroty zamienić najpierw na przyjacielskie powitania, a potem pełne czułości szepty. A już z całą pewnością nie mogłem wiedzieć, że osoba ta każdego dnia znajduje się zaskakująco blisko mnie, zastanawiając się, dlaczego nie odważyła się na powiedzenie chociaż kilku słów więcej niż wymagało tego wskazanie drogi.