8 lutego 2017

Białe Chryzantemy - Rozdział I

Skoro mam, od razu wstawię pierwszy rozdział. Nie porzucam Shizayi, ale no...

***


Po raz kolejny nerwowo obróciłem między urękawiczonymi palcami samoprzylepną, jadowicie różową karteczkę – swoją drogą cały klej, swego czasu całkiem skutecznie przyklejający papierek do moich dłoni, już dawno stracił swoje właściwości, ubrudzony kurzem i drobnymi okruszkami zebranymi z kieszeni mojego płaszcza – z zapisanym drobnymi, równymi znakami adresem, po czym uniosłem spojrzenie znad papierka, mając szczerą nadzieję, że mój cel zechce ukazać się tuż przed moimi oczyma, najlepiej wyraźnie demonstrując mi swoją obecność dużym banerem w jakimś krzykliwym kolorze. Może zielonym? Nie warto było jednak analizować, jaki kolor najskuteczniej przyciągnąłby rozproszoną uwagę, bo niestety nie spotkało mnie cudowne objawienie się lokalu, o którego egzystencji właśnie na tej jednej, konkretnej ulicy byłem absolutnie przekonany. Przecież nawet nie mogło być mowy o błędzie, starannie przepisałem wszystkie dane odnośnie adresu z otrzymanego kilka tygodni wcześniej meila, sprawdzając je jeszcze kilkakrotnie przed opuszczeniem mieszkania zaledwie kilkadziesiąt minut temu, więc myśl o pomyłce była wprost niedopuszczalna. Ściągnąłem nieznacznie wargi, karteczkę wsuwając do kieszeni i zastępując ją ściereczką, którą przetarłem szybko zaparowane okulary, licząc na to, że to przez skraplającą się na nich wodę nie byłem w stanie odczytać prawidłowego adresu, ale niestety – kolejna próba spełzła na niczym, a ja z każdą mijającą sekundą byłem coraz bliżej spóźnienia się na praktyki już pierwszego dnia. Lepszego początku kariery prawniczej wprost nie mogłem sobie wymarzyć, tego byłem pewien.
Możesz być z siebie dumny, Yuri.
Mruknąłem, poprawiając okulary i znowu zerkając na wypisany adres, a potem rozglądając się wokół, czując jednocześnie coraz bardziej narastającą desperację. Naprawdę nie mogłem się spóźnić, a towarzyszący mi w tej chwili stres, skutecznie pogłębiany tylko przez nieubłaganie przesuwającą się przed siebie wskazówkę zegarka, bynajmniej nie pomagał mi w racjonalnym podejściu do sprawy. Drżący już z zimna, poprawiając zsuwający się szalik, wyruszyłem przed siebie z zamiarem jak najszybszego przejścia całej ulicy wzdłuż i wszerz, byleby tylko dotrzeć wreszcie do celu i nie wywrzeć tak negatywnego pierwszego wrażenia, na co się zanosiło. Niestety, kancelarii adwokackiej jak nie było, tak nie było nadal i zdecydowanie nie zanosiło się na żadną zmianę w tej jakże kruchej materii, chociaż byłbym w stanie oddać za to naprawdę wiele, zdecydowanie woląc nie przejść do historii jako praktykant, który stracił miejsce odbywania praktyk zanim w ogóle do niego dotarł. Nie było to szczególnie chwalebne osiągnięcie, a przynajmniej ja nie odczuwałbym potrzeby pochwalenia się nim w gronie rodziny i przyjaciół, chociaż zdawałem sobie sprawę, że z pewnością po tym świecie stąpały persony gotowe do podzielenia się z całym otoczeniem takimi ekscesami. Pokręciłem lekko głową, naprawdę nie uważając, by był to odpowiedni moment na takie przemyślenia, po czym rozejrzałem się po raz kolejny, szybko przebiegając spojrzeniem po zamontowanych na ścianach budynków tabliczkach z numerami, nie dostrzegając jednak wśród nich tego, którego tak uparcie szukałem, a który zdawał się specjalnie z mojego powodu skryć przed spojrzeniami ciekawskich. Może... Może jednak pomyliłem się przy przepisywaniu numeru budynku albo, co gorsza, przecznicy? Świadomość, że równie prawdopodobne jest przebywanie zaledwie kilka kroków od celu, jak i znajdowanie się w zupełnie innej części miasta zdecydowanie nie należała do pocieszających czy podnoszących na duchu, wprawiając mnie tylko w jeszcze większą konsternację. Naprawdę, to musiało być gdzieś tutaj, niedaleko!

Do oderwania spojrzenia od rozświetlonego ekranu komórki zmusił mnie nieprzyjemnie wysoki, bolesny wręcz dla nieosłoniętych uszu dźwięk dzwonka, wiszącego nad drzwiami, zza których wyłonił się właśnie jakiś mężczyzna. Nieco speszony faktem, że z pewnością uważnie lustrował całą moją sylwetkę, uniosłem wzrok znad komórki, ku swej ogromnej uldze odnotowując przy tym, że twarz nieznajomego zdobił ciepły, wyjątkowo i zaskakująco wręcz przyjazny uśmiech, którym nigdy nie spodziewałbym się zostać obdarzonym przez zupełnie obcą osobę. Mężczyzna jednak, chociaż naprawdę czułem się nieco niekomfortowo przez fakt, że prawdopodobniej byłem jedyną przyczyną porzucenia tego, czym akurat był zajęty tylko po to, by komuś zupełnie przypadkowemu zadać bardzo proste, ale zdające się być prawdziwym wybawieniem pytanie.
Zgubiłeś się? Już któryś raz przechodzisz obok...
Przez silny, zagraniczny akcent, najprawdopodobniej wywodzący się z rosyjskiego – do czego jednak nie byłem w pełni przekonamy, jako, że język ten miałem okazję słyszeć co najwyżej przelotnie w telewizji – w pierwszej chwili miałem problem ze zrozumieniem jego słów, a wnioskując po jego strapionej minie, sam z pewnością doszedł do wniosku, że musi nieco bardziej się wysilić, by zostać w pełni zrozumianym. Powtórzył więc swoje słowa nieco wolniej i wyraźniej, po czym gestem nakazał mi wejść do lokalu, tłumacząc przy tym, że stanie bez kurtki czy chociaż swetra w otwartych drzwiach w środku zimy i wietrzenie przy okazji pomieszczenia jest zdecydowanie złym pomysłem. Bezmyślnie wsunąłem się więc zanim do ciepłego wnętrza, z zainteresowaniem rozglądając się wokół i odkrywając, że miałem przyjemność znaleźć się w ładnie urządzonej kwiaciarni, zewsząd zalewany falą kwiatów, o dziwo niezemdlony przez ich intensywny, słodki zapach. Czułem się nieco niezręcznie, ignorując mężczyznę, który zdążył już oprzeć się plecami o ladę i założyć ramiona na piersi, przyglądając mi się z wyraźnym zainteresowaniem. I właśnie to spojrzenie sprawiło, że wróciłem do rzeczywistości, speszony lekko faktem, że nieznajomy przygląda mi się z taką intensywnością, chociaż wciąż towarzyszący mu uśmiech z pewnością ocieplał jego wizerunek.
Przepraszam pana za kłopot.
Powiedziałem niemalże odruchowo, machinalnie przy tym kłaniając się nieznacznie i dopiero po chwili karcąc się za to w myślach, uświadamiając sobie, jak silne mogą być przyzwyczajenia czy też wzorce zachowania wpajane od najmłodszych lat. Skoro sam zainteresował się moją osobą, uparcie przemiatającą ulicę w tę i z powrotem, na pewno nie był to dla niego żaden problem, w innym wypadku po prostu nie zdecydował się na fatygę. Mimo to czułem się niezręcznie, podchodząc bliżej niego i wysuwając z kieszeni płaszcza poważnie już zmęczoną życiem karteczkę, ale chowając ją szybko, bo naprawdę nie prezentowała się najlepiej, brudna i pomięta. Zamiast tego wydobyłem telefon, odblokowując go szybko i obracając, by mężczyzna mógł bez najmniejszego problemu odczytać wyświetlający się tuż przed jego oczyma adres.
Szukam tego adresu, konkretnie kancelarii. Jeśli to nie problem oczywiście.
Wyjaśniłem natychmiast, doskonale wiedząc, że nasza rozmowa przebiega wyjątkowo niezręcznie i sztywno, ale w gruncie rzeczy miałem tylko zapytać o adres i najprawdopodobniej nigdy więcej nie spotkać stojącego tuż obok mnie człowieka, ewentualnie tylko czasami mijając witrynę kwiaciarni. Tak jak i dziesiątki innych witryn, niezmiennie każdego dnia, nie zwracając nawet uwagi na to, co może się za nimi kryć. Poza szarą codziennością i rutyną, powtarzaną nieprzerwanie dzień w dzień.
Więc... Wie pan może, jak tam trafić?
Zapytałem po dłuższej chwili milczenia, nerwowo zerkając na wyświetlającą się w prawym górnym rogu ekranu komórki godzinę, odnotowując o zgrozo, że od mojej sromotnej zawodowej klęski dzieli mnie zaledwie dziesięć minut, w efekcie czego spojrzałem ponaglająco na wyraźnie zamyślonego rozmówce, który jednak kilka sekund później zdawał się przeżyć prawdziwe olśnienie. Zmarszczki między jego, ściągniętymi do tej pory, brwiami natychmiast się wygładziły, a na jego twarzy znów zagościł uśmiech.
Wejście nie jest na tej ulicy, musisz cofnąć się do poprzedniej przecznicy, mniej więcej na tej wysokości znajdziesz coś w guście ślepego zaułka, zresztą przy jego wylocie wisi tablica z nazwą.
Powiedział z wręcz nieludzkim entuzjazmem, jakby właśnie wcale nie dzielił się ze mną czymś tak prozaicznym, jak instrukcje dotyczące wskazania drogi do odnalezienia podanego adresu. Czułem się jednak nieco pewniej, bo mężczyzna sprawiał wrażenie naprawdę pozytywnej osoby, która z pewnością nie uzna poświęceniu mi pięciu minut życia za stratę czasu; przynajmniej na pierwszy rzut oka. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, gdy wreszcie spod lady wydobył długopis i jakiś notes, z którego wyrwał kartkę, by przystąpić zaraz do sporządzania mapki, dodatkowo jeszcze słownie udzielając mi wskazówek, przy czym odnotowałem, że stara się jak najskuteczniej zwalczyć utrudniający zrozumienie go akcent.
Kiedyś przejść można było też od tej strony, ale w środku przejścia postawili jakieś kontenery, a potem ścianę. W gruncie rzeczy teraz już powinieneś bez problemu trafić.
Wzruszył lekko ramionami, przygryzając skuwkę długopisu i jeszcze kilka sekund studiując dopiero co stworzony przez niego plan, dopiero po tej pełnej skupienia analizie podając mi kartkę i uśmiechając się. Naprawdę niemalże nie dowierzałem, jak często był w stanie raczyć uśmiechami zupełnie obcą osobę, tym bardziej, gdy owa osoba była w stanie tylko grzecznie potakiwać, najpierw zaciskając zmarznięte palce na komórce, a potem kartce z mapką, którą też zaraz po otrzymaniu uważnie przestudiowałem, dopiero po tym procederze decydując się na sprawdzenie godziny i odkrywając, że miałem zaledwie siedem minut na cofnięcie się do początku ulicy, okrążenie budynków i dotarcie do celu, co jednak w tej chwili nie było już tak przerażające. Z wdzięcznością spojrzałem na mężczyznę i po raz kolejny skłoniłem się przed nim lekko, nie walcząc już nawet z nieco irytującym niekiedy nawykiem.
Bardzo dziękuję panu za pomoc.
Powiedziałem szybko, prostując się zaraz gwałtownie, a po kolejnym powtórzeniu słowa "dziękuję", na które to zresztą mój wybawiciel zareagował pełnym rozbawienia śmiechem i krótkim "nie ma za co", zacząłem cofać się do drzwi. Gdy tylko boleśnie wysoki dźwięk dzwonka ucichł, jeszcze raz spojrzałem na kartkę, by zaraz szybko ruszyć w odpowiednim tym razem kierunku.

Wychwalając pod same niebiosa jasnowłosego mężczyznę, który zechciał zainteresować się mym marnym losem, w przeciągu pięciu minut dotarłem na miejsce, mając dzięki temu jeszcze minutę na ściągnięcie płaszcza, wygładzenie marynarki i przeczesanie palcami lekko rozwichrzonych włosów. Z zaczerwienionymi przez zimno policzkami niestety nie bylem w stanie nic zrobić, ale akurat naturalna reakcja organizmu na niską temperaturę nie mogła zrujnować mojego wizerunku, więc po zaczerpnięciu jeszcze kilku uspokajających oddechów, przewiesiłem płaszcz przez zgięte ramię i przemieściłem się korytarzem w głąb lokalu, by po pokonaniu wiatrołapu znaleźć się w zajmowanej przez sekretarkę części. Siedząca przed komputerem kobieta w średnim wieku spojrzała na mnie ze znużeniem znad oprawek czarnych okularów, po czym przywołała na twarz, ćwiczony z pewnością całymi latami, promienny uśmiech, zdecydowanie nie mogący się jednak równać z tym, który zaprezentował mi zaledwie kilka minut wcześniej miło wyglądający Rosjanin. Chyba Rosjanin, bo jego narodowość stanowiła dla mnie zagadkę, nie wartą teraz jednak roztrząsania, bo na głowie miałem ważniejsze sprawy.
Był pan umówiony?
Głos kobiety nie był już tak przyjemny jak jej ogólna prezencja, ale nie jej winą było w gruncie rzeczy uderzanie w zbyt wysokie tony na samym końcu pytania, na które chciałem czym prędzej odpowiedzieć.
W sumie... Dzisiaj miałem zacząć tutaj praktyki, umówiony byłem na – kontrolnie zerknąłem na zdobiący przegub mojej prawej dłoni zegarek – dokładnie dwie minuty temu.
Kobieta kontrolnie zajrzała do leżącego przed nią kalendarza, poprawiając przy tym okulary, a potem wydobywając spomiędzy kartek jakiś świstek, na którym jednak tuż obok godziny wypisano starannie moje nazwisko. Poniżej dopisano coś jeszcze, ale litery niestety były zdecydowanie za małe, żebym mógł odczytać je z większej odległości, chociaż zaciekawiony wytężałem spojrzenie jak tylko mogłem, uznając jednak wreszcie, że naprawdę nie mam żadnych szans w starciu z drobnym, nieco pochyłym pismem.
Katsuki Yuri, tak? – pokiwałem twierdząco głową, dopiero teraz uświadamiając sobie, że nie wpadłem nawet na pomysł przedstawienia się, chociaż zdecydowanie były to podstawy dobrego wychowania. Niedługo powinienem przyznać sobie order niszczyciela dobrego pierwszego wrażenia, bo z dnia na dzień byłem w tym coraz lepszy, z pewnością miażdżąc wszelką konkurencję swoim niewątpliwym talentem. Szkoda tylko, że moje ponadprzeciętne umiejętności ograniczały się w znacznym stopniu do negatywów jak skuteczne rujnowanie własnego wizerunku. W pełnym nerwów odruchu przygryzłem dolną wargę, szybko ją jednak puszczając, bo niekoniecznie zależało mi na sprawianiu wrażenia zagubionego dzieciaka, chociaż obserwująca mnie bacznie sekretarka z pewnością już za takowego mnie uznała. Tak, zdecydowanie byłem niedoścignionym mistrzem w dziedzinie pogrążania się już przy pierwszym spotkaniu. Tym bardziej, że najwyraźniej sprawiałem wrażenie wyjątkowo zagubionego w rzeczywistości, skoro nawet zupełnie obcy mi mężczyzna poczuł się w obowiązku do wybawienia mej osoby z opresji, chociaż ja wciąż chciałem wierzyć, że po prostu był wyjątkowo przyjaźnie nastawioną do ogółu osobistością. Zresztą nieważnym było, jakie były przyczyny zainteresowania się mną przez tamtego człowieka, skoro ten trwający zaledwie kilka minut epizod zdecydowanie poprawił mi humor i pozwolił chociaż odrobinę odsunąć od siebie stres.

Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero głos kobiety, która oznajmiła, że zaprowadzi mnie do mojego gabinetu, bo w tej chwili moja nowa pracodawczyni nie jest niestety w stanie się ze mną spotkać, bo spotkanie z klientem wyjątkowo się przeciągnęło. Ze zrozumieniem pokiwałem głową, naprawdę nie dowierzając, ile można mieć równocześnie szczęścia i pecha --- niemalże spóźniłem się na wyznaczoną godzinę, a teraz okazało się, że niepotrzebnie panikowałem, bo kilka minut spóźnienia nie zostałoby nawet zauważone. Czułem się jednak zdecydowanie lepiej z myślą, że pojawiłem się punktualnie, na mojej twarzy zagościł nawet blady uśmiech, gdy za odzianą w obcisłą spódnice sekretarką ruszyłem w kierunku schodów, by dostać się zaraz na drugie piętro, rozglądając się przy tym z zainteresowaniem. Wnętrze było stonowane, pozbawione niepotrzebnych dodatków i udziwnień, a beżowo-błękitne ściany z pewnością mogłyby ukoić zszargane nerwy nie jednej osoby, a w tym również i moje.
To tutaj.
Stukot uderzających w drewnianą podłogę obcasów urwał się gwałtownie, gdy kobieta zatrzymała się przed jednymi z drzwi, wsuwając zaraz klucz do zamka, by otworzyć je przede mną na oścież i dać chwilę na obrzucenie pomieszczenia spojrzeniem. Urządzone w tym samym stylu co reszta kancelarii biuro wyglądało na tyle przytulenie, bym bez skrępowania wsunął się do środka, przyjmując zaraz klucz i wysłuchując instrukcji na temat działania telefonu wewnętrznego i służbowego laptopa, który stał już na biurku, wciąż jednak schowany w torbie. Moim jedynym zadaniem przez kolejne minuty było jedynie potakiwanie i sporadyczne zadawanie pytań o pominięte szczegóły, będąc zdania, że lepiej przygotować się na każdą ewentualność. Na koniec jeszcze otrzymałem hasło wi-fi, po czym kobieta z życzliwym uśmiechem życzyła mi miłego dnia, dodając tylko, że niedługo pewnie zostanę wezwany do szefowej, a na razie mogę się rozgościć w nowym miejscu pracy. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, natychmiast przystąpiłem do zapoznawania się z nowym miejscem, począwszy od wyjrzenia przez okno, dzięki czemu moim oczom ukazała się ulica, którą przemierzałem uparcie zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej, a po przeciwległej jej stronie, dokładnie naprzeciwko okna, wypatrzyłem szyld kwiaciarni, którą miałem okazję odwiedzić. Z tej odległości nie widziałem rzecz jasna ozdobnych liter, a wyraźna pozostawała dla mnie jedynie jasna płaszczyzna baneru, ale nie miałem rzecz jasna żadnych wątpliwości co do tego, jaki lokal miałem teraz okazję obserwować. Uśmiechnąłem się lekko, po czym zabrałem się za zapoznawanie się z gabinetem, uznając, że oswojenie nowego miejsca, w którym przebywać miałem kilka godzin dziennie, zdecydowanie jest dobrym pomysłem. Porzuciłem więc wszelkie rozpraszające mnie myśli, po czym przystąpiłem do eksplorowania nowego, nieodkrytego terenu, ku swemu ogromnemu zadowoleniu odkrywając ukryty za regałem kącik, którego najważniejszy dla mnie element stanowił czajnik, a zaraz po nim zabudowana lodówka wielkości szafki, jak i sama szafka. Miejsce wprost stworzone dla studenta, do pełni szczęścia wręcz brakowało mi jedynie słoika kawy i zapasu zupek instant. I najgorszy w tym wszystkim był chyba fakt, że faktycznie chętnie przyjąłbym pod swoją opiekę najlepiej cały kartom jakże zdrowych posiłków w postaci sprasowanego makaronu i saszetki śmierdzących czystą chemią przypraw. Zdecydowanie nic nie wypaczało światopoglądu człowieka tak jak studia. Z tym przeświadczeniem wyruszyłem na podbój regału, zastawionego pustymi segregatorami i ozdobnymi pudełkami, do samego popołudnia czekając grzecznie na spotkanie z nową szefową, która, dzięki bogu, okazała się być całkiem sympatyczną kobietą.

***

Pierwsze kilka dni "pracy" trudziłem się głównie przygotowywaniem sobie kawy, układaniem długopisów w stojącym na biurku organizerze i wyglądaniem za okno w poszukiwaniu czegokolwiek, co pomogłoby mi zwalczyć nudę. Niestety naprawdę nie miałem teraz nic, czym mógłbym się zająć, bo wszystkie dokumenty, których zresztą niewiele miałem, ułożone były ładnie w teczkach, długopisy prezesowały się wprost doskonale, ułożone kolorystycznie, a komputer skonfigurowałem już pierwszego dnia, gdy tylko doszedłem do wniosku, że niefunkcjonalne pudełka będą idealne do przechowywania zapasu kawy, ciastek i przede wszystkim doskonałego, pożywnego obiadu w postaci zupek instant, zdecydowanie stanowiących podstawę zbilansowanej diety każdego studenta czy też nieszczęśnika, który dopiero co utracił ten status wraz ze wszystkimi zniżkami, co akurat było ciosem zdecydowanie boleśniejszym. Chociaż biorąc pod uwagę, że moja wypłata za same praktyki miała być zaskakująco wysoka, raczej nie musiałem się takim bolesną stratą przejmować, a dodatkowo z pewnością jeszcze przygotować na regularne pożyczanie pieniędzy i odpowiadanie za zakupy spożywcze, żeby mój nieszczęsny współlokator i najlepszy przyjaciel w jednym nie wyzionął ducha z głodu. Cóż, jakoś nie palił się do rozglądania się za miejscem, w którym przyjęto by go na praktyki, wyjątkowo przez co to ja musiałem sprawować rolę niańki, odpowiedzialnej za swojego nierozgarniętego, ale sympatycznego przy tym podopiecznego. Co gorsza, mój nowy podopieczny był starszy, chociaż zdecydowanie nie warto było roztrząsać różnicy zaledwie kilku miesięcy; mimo wszystko fakt ten wcale nie nastrajał pozytywnie, a ja naprawdę powoli zaczynałem już się martwić, wmawiając sobie przy okazji, że żadne zmartwienia wcale nie prześladowały mnie od momentu otrzymania przez nas dyplomów.
Yuri, szefowa chce cię widzieć.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos sekretarki, która bez pukania otworzyła drzwi i zastała mnie w trakcie pełnego konsternacji wpatrywania się w koszyczek z długopisami, jakbym starał się właśnie odkryć tajemnicę, leżącą u fundamentów istnienia wszechświata. To, że kobieta zwróciła się do mnie po prostu po imieniu w żadnej mierze mnie nie zdziwiło, bo w przeciągu dwóch czy trzech dni przeszedłem z większością aktualnych współpracowników na "ty", czując się jednak z tym nieco niezręcznie i niejednokrotnie zwracając się do spotkanych ludzi jak najbardziej grzecznościową formą, za co przepraszałem zaraz, dodatkowo odruchowo się kłaniając i zazwyczaj tym, irytującym mnie już szczerze, przyzwyczajeniem wywołując tylko uśmiech. Sam naprawdę nie miałem pojęcia, czy powinienem uwielbiać to miejsce za mimo wszystko przyjazną atmosferę, czy może jednak nienawidzić ze względu na moje przyzwyczajenia, ciągle jeszcze wywołujące rozbawienie.
Już idę.
Podniosłem się z ociąganiem z wygodnego, miękkiego fotela, po czym chwyciłem za leżący na biurku klucz, by zamknąć za sobą drzwi i wyruszyć w drogę na parter, poprawiając jeszcze po drodze krawat i wygłaszając rękawy marynarki. Może w końcu miałem dostać jakieś konkretniejsze zadania niż ustawianie na półkach dziesiątek dotyczących prawa tomisk? Co prawda nie było to złe zdjęcie, tym bardziej, gdy musiałem wytrzymać jakoś osiem godzin i nie przysnąć nad kubkiem kawy, ale jednakże pasjonujące nie było. Gdy tylko jednak zrozumiałem, jaka była przyczyna wezwania mnie przez szefową, zamarłem, w niemym szoku wpatrując się w szeroko uśmiechniętą przyczynę mojego zmieszania, o której okazję miałem rozmyślać zaledwie kilka minut wcześniej.

Phichit, bo to właśnie mój szanowny najlepszy przyjaciel stał właśnie przede mną z uśmiechem przyklejonym do twarzy, wydawał się pozostać niewzruszony moim nieskrywanym szokiem, ale przynajmniej nie byłem tutaj jedyną zaskoczoną osobą, bo moją pracodawczynię równie mocno zdziwiła chyba moja reakcja na widok rozpromienionego Tajlandczyka, który przystąpił właśnie do przyjacielskiego poklepywania mnie po ramieniu. Tak, jakby miało mi to pomóc w zrozumieniu sytuacji, w rzeczywistości jednak wprawiając mnie tylko w stan nasilającej się konsternacji.
Mówiłem ci wczoraj, że chyba w końcu znalazłem kancelarię, która przyjmie mnie na praktyki.
Wzruszył lekko ramionami, a ja ściągnąłem nieznacznie brwi, starając się odtworzyć w myślach przebieg całego poprzedniego dnia i zorientować się, w którym momencie Phichit mógłby chociaż teoretycznie pokusić się o podzielanie się ze mną tak drobnym i jakże nieistotnym przy tym szczegółem. Wreszcie też z całą stanowczością stwierdziłem, że nie widziałem go do samego wieczora, przy czym po wspólnej kolacji obaj zniknęliśmy za drzwiami swoich pokoi, a od momentu życzenia sobie wzajemnie dobrej nocy, nie widziałem go aż do teraz, bo nie miał zwyczaju wstawania "bladym świtem", gdy nie było takiej konieczności. Sam nie byłem w tej materii lepszy, ale niw to stanowiło teraz problem.
Nic nie mówiłeś.
Osądziłem wreszcie, pobieżnie jeszcze odpowiadając na pytania naszej wspólnej już pracodawczyni, która nie zauważyła wcześniej, że Phichit i ja dzielimy ten sam adres, przy okazji będąc jeszcze absolwentami tego samego uniwersytetu i, jak poinformowałem ją jeszcze dla rozwiania wszelkich wątpliwości, przyjaciółmi. Niestety, jak miałem ochotę dodać w ramach wyjątkowo nieskutecznej zemsty za zatajenie przede mną tak ważnych informacji, ale czego nie miałem jednak serca powiedzieć prosto w twarz rozpromienionego Tajlandczyka. Również ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu, własną osobą tym razem. Jeśli mogłem tak to określić, byłem zdecydowanie zbyt pobłażliwy w naszej relacji, chociaż zdecydowanie częściej wychodziło mi to na dobre, do czego musiałem się przyznać.
W takim razie... Niespodzianka! Od dzisiaj pracujemy razem, Yuri!
Uśmiechnął się promiennie niczym obdarowane całymi tonami słodyczy dziecko, by w następnej chwili zamknąć mnie w ciasnym uścisku, demonstrując mi tym samym rozpierające go zadowolenie z faktu, że będzie mógł spokojnie znęcać się nade mną nie tylko w domu. Prawdę mówiąc, doskonale zdawałem sobie sprawę, że wkrótce pamięć jego telefonu pełna będzie fascynujących zdjęć ze mną w roli głównej, obrazujących moje porywające i niebywale interesujące funkcjonowanie w pracy. Teraz pozostawało mi tylko czekać na profesjonalną sesję zdjęciową przy układaniu długopisów, parzeniu kawy czy wydobywaniu ciastek z odmętów jednego z pudełek. Nie wątpiłem jednak, że mój fotograf zadba również o doskonałe ujęcia, na których akurat obleję się kawą po usłyszeniu czegoś wyjątkowo idiotycznego albo ewentualnie nakruszę sobie na koszulę i kolana. Skrzywiłem się nieznacznie, łapiąc przyjaciela za ramiona i odsuwając go od siebie tak daleko, jak tylko pozwalały mi na to wyciągnięte prosto ramiona. Doskonale wiedząc, co zaraz usłyszę, zdecydowałem się go uprzedzić i uśmiechnąłem się lekko, bynajmniej nie musząc się do tego zmuszać, a dodatkowo jeszcze zapewniając go, że mimo wszystko naprawdę cieszę się, że go tutaj widzę. W gruncie rzeczy zdecydowanie łatwiej będzie w pełni zaadaptować się w nowym miejscu z kimś znajomym u boku, chociaż z pewnością jeszcze nie raz pożałuję jego obecności.
Yuri, w takim razie może sam oprowadzisz kolegę?
Od przemyśleń oderwał mnie głos wciąż siedzącej za biurkiem kobiety, a ja odruchowo przytaknąłem, po czym pożegnałem się grzecznie i zaraz zostałem wyciągnięty na korytarz przez samego zainteresowanego oprowadzaniem. Co prawda niewiele miałem mu do pokazania, bo objaśniłem mu tylko pokrótce sposób numeracji biur, a gdy tylko otrzymał klucz do swojego nowego gabinetu – który tak po prawdzie zdecydowanie nie był mu potrzebny, bo doskonale wiedziałem, że każda wolną chwilę i tak będzie spędzał u mnie, wypijając mi kawę i podbierając ciastka, rzecz jasna uwieczniając to jeszcze dla potomności – zaprowadziłem go na miejsce, z zadowoleniem odnotowując, że nasze biura mieściły się tuż obok siebie i dzieliła je jedynie ściana. Po pokazaniu Phichitowi, gdzie mieści się łazienka, wsunąłem się za nim do jego nowego gabinetu, nie odnajdując w nim jednak niczego interesującego, bo stanowił wręcz lustrzane odbicie mojego własnego. Nie musiałem nawet wyglądać przez okno, by doskonale wiedzieć, że ma równie dobry widok na witrynę kwiaciarni, jak i na cały rząd sklepów, którym z braku lepszego zajęcia przyglądałem się w przerwach od porządkowania idealnie ułożonych dokumentów. Uśmiechnąłem się nieznacznie, gdy po przesunięciu się do okna w celu uchylenia go, bo mimo ujemnej temperatury panującej już od ładnych kilku dni jednak warto było wywietrzyć duszny gabinet, zobaczyłem wysuwającego się z lokalu jasnowłosego mężczyznę, wokół nóg którego plątała się puchata, brązowa kulka. Jak zdążyłem zauważyć przez minione kilka dni, mój niedawny wybawiciel codziennie o tej samej godzinie wyprowadzał na spacer psa, który codziennie towarzyszył mu w pracy. Czułem się nieco dziwnie ze świadomością, że obserwuję zupełnie obcego sobie człowieka, ale w gruncie rzeczy chyba nie musiałem się tym przejmować, bo zawieszenie na nim spojrzenia raz dziennie na kilka sekund zdecydowanie nie mogło wyrządzić nikomu szkody.
Na co patrzysz?
Phichit przysunął się do mnie i powiódł wzrokiem za oddalającą się powoli sylwetką blondyna oraz pudla, po czym spojrzał na mnie z wysoko uniesioną brwią, zaraz jednak zmieniając pytające spojrzenie na bardziej karcące, jakbym ukrył przed nim coś wyjątkowo istotnego. Nieważnym rzecz jasna było, że sam to zrobił. Wzruszyłem lekko ramionami i obróciłem się plecami do okna, poluzowując odrobinę krawat i opierając się o parapet. Mój szanowny przyjaciel wciąż przeszywał mnie spojrzeniem, gotów już wyraźnie, by w ciągu kolejnych minut zaprezentować mi co najmniej kilka teorii spiskowych dotyczący łączących mnie z tym obcym mu człowiekiem relacji. Na jego nieszczęście, wiedziałem o tym człowieku tyle samo co i on, co burzyło wszelkie rodzące się w jego umyśle teorie. Wiedziałem doskonale, że szczerze rozczaruję go informacja, że nie znamy się z przedszkola, potajemnie nie pobraliśmy się miesiąc temu, opcjonalnie, że nie jestem jego kochankiem, z którym zdradza ciężarną żonę.
Mówiłem ci, że za pierwszym razem nie mogłem tu trafić. Tylko pokazał mi drogę, serio, Phichit, zamieniliśmy może ze trzy zdania.
Skoro tak twierdzisz...
Wywróciłem oczyma, tym samym, ku rozpaczy przyjaciela, kończąc temat. Zresztą tak naprawdę nawet go jeszcze nie zaczęliśmy, a zaczynanie go bynajmniej nie miało sensu, bo równie dobrze mogliśmy dyskutować na temat ekspedientki pracującej w supermarkecie stojącym na przeciwko bloku, w którym mieściło się nasz mieszkanie. Chociaż... Rozmowa na temat ekspedientki zajmującej się stoiskiem alkoholowym miała zdecydowanie więcej sensu, bo ostatnimi czasy zdarzało się jej patrzeć na Phichita maślanymi oczyma, a nawet zamieniła z nim kilka słów więcej niż wymagał tego zakup alkoholu. W gruncie rzeczy każdy temat był lepszy od spiskowania na mój temat, prawda? Tym bardziej, gdy twój najlepszy przyjaciel uzna, że czas znaleźć dla ciebie idealny obiekt westchnień, a potem zmusić cię do zainteresowania się nim i przekonać, że jesteś wprost stworzony do miłosnych podbojów. Brakowało tylko, by – zdecydowanie za bardzo interesując się moim życiem uczuciowym, którego istnienia najprawdopodobniej nigdy nie odnotował, zresztą w znacznej mierze słusznie – zaczął regularnie wyciągać mnie po kolei do wszystkich klubów w mieście, licząc na to, że znajdzie tam kandydatkę na moją przyszłą żonę czy ewentualnie kandydata na męża. Na samą myśl o takim spędzaniu wieczorów wzdrygałem się nieznacznie, zdecydowanie nie będąc zwolennikiem spędzania czasu wśród kłębowiska ludzkich ciał, nad którymi unosił się odór potu, alkoholu i papierosów, tworząc wręcz wybuchową mieszankę. Wprost wyśmienite warunki dla utworzenia prywatnego jednoosobowego biura matrymonialnego, prawda? Tym bardziej, że jego jedynemu pracownikowi niestraszne były trudne warunki pracy i nieprzychylny przymusowy klient, starający się za wszelką cenę uniknąć wyswatania z zupełnie obcą osobą. Westchnąłem, odpędzając od siebie zbędne w tej chwili myśli, i spojrzałem na znów uśmiechniętego Phichita, by zaraz z niedowierzaniem pokręcić głową i samemu lekko się uśmiechnąć.
Czasami nie wierzę, jak mogę przyjaźnić się z takim idiotą.
Energiczniej pokręciłem głową, jakby z żałością analizując, dlaczego okrutny los kazał spotkać mi go na swojej drodze. Prawdę mówiąc, gdyby istniał na tym świecie człowiek odpowiedzialny za to, jakich ludzi dane było mi poznawać, zdecydowanie byłbym gotów bić przed nim pokłony i całować jego buty, dziękując nieprzerwanie.
Nie narzekaj, tylko pokaż mi lepiej, gdzie trzymasz kawę.
Jego uśmiech pogłębił się jeszcze bardziej, a ja poważnie rozważyłem opcję cofnięcia wszystkiego, co dotyczyło gorących podziękowań za nasze spotkanie, nie mając jednak serca tego zrobić. Dlatego też po krótkim "jesteś niemożliwy" i jeszcze krótszym "chodź", wyszedłem z jego gabinetu, by całe popołudnie spędzić na popijaniu kawy, pierwszy raz naprawdę szczerze zadowolony z faktu, że mogę nudzić się w czyimś towarzystwie i zdecydowanie nie mając zamiaru z tego towarzystwa rezygnować. Nawet, jeśli towarzystwo owo odpowiedzialne było za nakruszenie na mojego laptopa w przeciągu pięciu minut od podebrania mi paczki ciastek – zagarniając przy okazji laptopa i bynajmniej nie mając zamiaru mi go udostępnić – sprawienie, że oplułem się kawą przez idiotyczne wywody, a także uwiecznienie tego na zdjęciu i upublicznienie wbrew moim protestom. Mimo to wciąż byłem wdzięczny losowi, że właśnie jego mogłem określać mianem swojego przyjaciela, całkowicie pewien, że zawsze będzie to stały element mojego życia.

Nie mogłem jednak przewidzieć, że wkrótce w moim życiu pojawi się ktoś jeszcze, za zesłanie kogo jeszcze goręcej byłbym w stanie dziękować, a kogo również zechcę zatrzymać przy sobie na zawsze. Albo jeszcze dłużej. Tym bardziej nie zdawałem sobie sprawy, że miałem już przyjemność chociaż przelotnie zamienić z tą osobą kilka nic nie znaczących słów, nie przeczuwając nawet, że w nie tak dalekiej przyszłości będziemy mieć okazję sztywne grzecznościowe zwroty zamienić najpierw na przyjacielskie powitania, a potem pełne czułości szepty. A już z całą pewnością nie mogłem wiedzieć, że osoba ta każdego dnia znajduje się zaskakująco blisko mnie, zastanawiając się, dlaczego nie odważyła się na powiedzenie chociaż kilku słów więcej niż wymagało tego wskazanie drogi.

Białe Chryzantemy - Prolog

Powinnam chyba jednak skończyć YGMS albo Wampirka, ale... YoI stało się moją miłością. Amen.

***


Podmuchy chłodnego, jesiennego wiatru unosiły moje włosy, sprawiając, że wirowały bezwładnie wokół mojej głowy, co rusz wpadając wprost do moich oczu i zmuszając mnie do ponownego odgarnięcia ich za ucho, co na niewiele się zdawało. Wreszcie całkowicie się poddałem, dostrzegając bezcelowość tych wszystkich prób i wbiłem spojrzenie zaczerwienionych ze zmęczenia oczu w idealnie gładki cokół nagrobnego pomnika, niczym lustro odbijający ostatnie już tego dnia promienie zachodzącego słońca. Jedną dłoń na oślep zanurzyłem w miękkim, ciepłym futrze siedzącego tuż przy mojej nodze pudla, zaczynając drapać go bezmyślnie po karku, prędko dochodząc do wniosku, że działało to na mnie nad wyraz uspokajająco. Zresztą sama obecność merdającego ogonem pupila chociaż trochę podnosiła mnie na duchu, przypominając w dodatku, że mimo bólu, nie mogłem całkowicie skupić się tylko na przeżywaniu straty, a powinienem zająć się własnym życiem. Westchnąłem ciężko, poprawiając płaszcz i szalik, pod które wdzierały się już podmuchy wiatru, sprawiając tym samym, że wzdłuż mojego kręgosłupa raz po raz przebiegał zdecydowanie nie należący do najprzyjemniejszych dreszcz, najwidoczniej chcący zmusić mnie do wyruszenia w drogę powrotną do domu. Cóż, ostatnie półtorej godziny spędziłem na ustawionej dokładnie naprzeciwko nagrobka metalowej, wąskiej ławeczce, której z pewnością zaszczycić nie mogłem mianem wygodnej, wpatrując się w pięknie wyryte w kamieniu litery, układające się w imię i nazwisko mojej zmarłej zaledwie miesiąc wcześniej matki. Data umiejscowiona na nagrobku tuż pod nazwiskiem boleśnie przypominała mi, że minęło dokładnie dwadzieścia osiem dni od momentu, gdy z mojego życia znikła nagle jedna z najważniejszych dla mnie osób. Niespodziewanie, nie wiedziałem nawet, że coś jest nie tak z jej zdrowiem, a o jej śmierci dowiedziałem się dopiero, gdy zadzwoniono do mnie zaraz po nieudanej próbie skontaktowania się z jej mężem, szumnie nazywanym moim ojcem, z którym jednak żadne z nas od dobrych kilkunastu lat nie miało żadnego kontaktu. Jednego dnia w wolnej chwili pomagałem jej w prowadzonym przez nią biznesie, a następnego rozglądałem się już za trumną i wyliczałem koszty niewielkiego pogrzebu, bez żadnego przepychu i kilkudziesięciu zaproszonych gości. Pojawiło się zresztą tylko kilka osób, chociaż odnosiłem przedziwne wrażenie, że bardziej zależało im na domniemanym spadku, z którego nikt poza mną nie dostał nawet centa, bo – jak zdołałem dowiedzieć się u adwokata – zaledwie kilka dni wcześniej zdążyła przepisać wszystko co miała na mnie, prawdopodobnie przyczyniając się w ten sposób do tego, że nagle cała reszta rodziny straciła mną zainteresowanie. Jak podejrzewałem – dopóki nagle każdy z osobna nie popadnie w problemy finansowe i nie zechce zaciągnąć u mnie pożyczki z bezterminową spłatą, której z pewnością nie doczekałbym się do własnej śmierci. Sam również nie operowałem teraz pokaźnymi plikami banknotów, zastanawiając się nawet, czy nie powinienem sprzedać po prostu odziedziczonego mieszkania i lokalu, mieszczącego prowadzoną przez moją matkę kwiaciarnię, zamkniętą już od ponad trzech tygodni i na tę chwilę przynoszącą mi tylko straty, przypominając przy tym okrutnie o tym, że jeszcze niedawno pomagałem niekiedy przy wyprawach na targ kwiatów jako kierowca czy tragarz.

Westchnąłem i pokręciłem powoli głową, uznając, że naprawdę nie powinienem tyle czasu przesiadywać na cmentarzu, wciąż na nowo rozpamiętując śmierć matki i codziennie rozdrapując tą niezabliźnioną ranę w moim sercu. Musiałem zająć się ułożeniem wszystkich niezałatwionych wciąż spraw, które nagromadziły się w moim życiu w wyniku jej nagłej śmierci, a do których naprawdę nie miałem teraz głowy. Spojrzałem na psa, wyglądającego teraz na równie przybitego jak ja.
Chodź, Makkachin, wracamy do domu. Nie chciałaby, żebyśmy obaj się rozchorowali.
Uśmiechnąłem się blado i przypiąłem karabińczyk smyczy do obroży zwierzaka, nie chcąc dodatkowo narażać się na otrzymanie mandatu za puszczanie psa wolno na ulicy miasta. Poprawiłem jeszcze płaszcz i wolnym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia z cmentarza, raz jeszcze znad ramienia zerkając na błyszczącą w promieniach słońca nagrobną płytę i stojącą na niej doniczkę z pięknie wypielęgnowanymi białymi chryzantemami. Kilka białych płatków leżało już tuż obok metalowej podstawki wypełnionej wodą, dopiero co zerwane przez jeden z silniejszych podmuchów wiatru, unoszącego teraz również i poły mojego płaszcza. Zadrżałem lekko, przyśpieszając koku i mocniej zaciskając palce na smyczy grzecznie idącego tuż obok mojej nogi psa. Drogę dzielącą cmentarz od zajmowanej przeze mnie kawalerki pokonałem pieszo wraz ze swoim czworonożnym towarzyszem w dokładnie pół godziny, po tym czasie zmarznięty zamykając już za sobą drzwi mieszkania i kucając, by miękką szmatką wytrzeć mokre, ubłocone łapy zwierzaka. Niekoniecznie marzyło mi się późniejsze odkurzanie i zmywanie z paneli błotnistych odcisków psich łap.
No, jesteś już wolny.
Poklepałem psa po głowie i podniosłem się z klęczków, upewniając się jeszcze, że w swoich miskach Makkachin znaleźć może wystarczająco dużo suchej karmy i wody, a potem wsuwając się do ciasnej kuchni i przeglądając zawartość lodówki i kilku szafek. Zdecydowanie powinienem wybrać się na zakupy, ale naprawdę nie uśmiechała mi się wizja ponownego opuszczenia ciepłego mieszkania, więc zdecydowałem się na zadowolenie się odgrzewanym makaronem z sosem, zjedzonym przed telewizorem w towarzystwie leżącego obok mnie psa, wyjątkowo niezainteresowanego teraz tym, co akurat konsumowałem. Po zjedzeniu odstawiłem talerz na ławę i wbiłem spojrzenie w ekran, nie zwracając jednak najmniejszej uwagi na sceny zademonstrowane w jakimś wyjątkowo idiotycznym reality show, gdyby ktoś zechciał mnie teraz zapytać, czego w ogóle ów program dotyczył, z pewnością nie dałbym rady odpowiedzieć na to jakże złożone pytanie, ale zdecydowanie miałem teraz na głowie poważniejsze problemy. Potrzebowałem gotówki, a utrzymywanie mieszkania i dodatkowo niewielkiego, piętrowego budynku bliżej obrzeży miasta, gdzie mieszkała i pracowała moja zmarła rodzicielka, zdecydowanie nie pomagały mi w mnożeniu ilości zer na koncie, zwiastując raczej rychłe pojawienie się długów. Wprost doskonale, biorąc pod uwagę, że naprawdę nie chciałem pozbywać się dorobku życia matki, a i zajęcie się interesem również nie wydawało się dobrym dla mnie rozwiązaniem, skoro nie wiedziałem o tym niemal zupełnie nic. Z czystym sumieniem mogłem stwierdzić, że nie jestem w stanie szybko podjąć dobrej decyzji, coraz chaotyczniej motając się tylko przed kolejnymi pojawiającymi się opcjami, jednocześnie wciąż opłakując śmierć tak bliskiej mi osoby.

Osunąłem się po podłokietniku kanapy, układając głowę na leżącej przy nim poduszce i wbijając spojrzenie w sufit, wyraźniej domagający się już odmalowania, bo płaty farby odklejały się gdzieniegdzie od tynku. Makkachin ułożył głowę na moich nogach i zamerdał ogonem; zupełnie tak, jakby chciał powiedzieć "Nie martw się, będzie dobrze.", ale słowa te były ostatnimi, których teraz potrzebowałem. Od momentu otrzymania spadku poważnie zastanawiałem się, co powinienem z nim zrobić, z każdym dniem będąc coraz bardziej rozdartym między odsprzedaniem budynku, a przeprowadzeniem się i ponownym otworzeniem kwiaciarni, na czym jednak kompletnie się nie znałem. Chociaż... Czy mogło być jeszcze gorzej? Szczerze w to wątpiłem, a po dojściu do wniosku, że faktycznie nie miałem jak pogorszyć swojej sytuacji materialnej, mogłem spokojnie chociaż spróbowa
na nowo otworzyć biznes, a gdyby nie przynosił mi zysków, dopiero po tym spróbować go odsprzedać, chociaż z pewnością nie obyłoby się bez bólu serca w trakcie żegnania się z tak ważnym elementem mojej przeszłości, której nie mogłem przecież rozpamiętywać na każdym kroku. Poza tym... Mama na pewno byłaby szczęśliwa, gdyby dowiedziała się, że jednak postanowiłem spróbować, przynamniej taką miałem nadzieję.
Szkoda, że nie umiesz mówić, może chociaż stwierdziłbyś, że jestem idiotą.
Mruknąłem, marszcząc brwi, gdy tylko przedstawiłem swój aktualny plan postępowania radośnie merdającemu ogonem Makkachinowi. Może miało to wyrażać poparcie dla mojego pomysłu, a sam zwierzak rozumiał zdecydowanie więcej niż mogłem podejrzewać? Pokręciłem głową, naprawdę samemu już nie dowierzając we własną głupotę, ale wstając, by znaleźć teczkę z dokumentami mojej matki. Musiałem przejrzeć wszystkie kosztorysy i rachunki, żeby oszacować, ile funduszy pochłonie ponowny rozruch interesu i nawet gdyby okazało się, że musiałbym z miejsca po taniości sprzedać kawalerkę, nie zamierzałem teraz zrezygnować. Skrzywiłem się nieznacznie na widok wszystkich tych dokumentów, posegregowanych na szczęście w kolejności chronologicznej poczynając od najstarszych do tych sprzed zaledwie miesiąca, znad segregatora zerkając na wygodnie rozłożonego na kanapie pudla, który szczeknął z entuzjazmem, wywołując na mojej twarzy blady uśmiech.
Chyba jednak nie musisz nic mówić, Makkachin, sam to zrobię. Viktor, jesteś skończonym idiotą. Trzymaj tak dalej.

Zaśmiałem się po raz pierwszy od miesiąca, nieświadomy jeszcze, jak wiele w moim życiu zmienić miała ta pozornie zbyt szybko i zbyt pochopnie podjęta decyzja, której nie zamierzałem jednak nawet przez chwilę żałować. Tym bardziej, że bez niej najprawdopodobniej w moim życiu nigdy nie doszłoby do prawdziwego przełomu , którego nie potrafiłem dostrzec na horyzoncie, chociaż zbliżał się już do mnie wielkimi krokami, niemożliwy do uniknięcia, być może kierowany przeznaczeniem, w którego istnienie nigdy jednak nie wierzyłem, a które być może tak naprawdę popchnęło mnie ku tak ryzykownemu postanowieniu w kwestii rozwiązania swoich aktualnych problemów. Problemów, które jednak tak naprawdę miały dopiero nadejść, rozlewając się na każdą sferę mojego życia. 

26 listopada 2016

Songfic - The Boy Who Blocked His Own Shot

Post po 3 miesiącach? Czemu nie... Jestem po prostu leniwa, ale przynajmniej z grubsza sprawdziłam songfica, więc zawsze można to w końcu dodać.
Niedługo może pojawić się coś z jakże wspaniałym shipem Victuri z amino Yaoi!!! on Ice, albowiem mam na nich wenę (nie, żeby doszło do przekształcenia jednego pomysłu na Shizayę tak, by pasował do nich...). W gruncie rzeczy ten blog jeszcze nie umarł!


Zapraszam do czytania~!


***


 W twoich oczach wciąż dostrzegam żal, nie płonie już w nich ten ogień, tak znajomy i bliski mi z dawnych czasów – zdaje się, że wszystko w naszej kruchej relacji uległo zmianie. Zgubiliśmy się na drodze życia, po której wędrować mieliśmy razem, każdy z nas podążył swoją ścieżką i chociaż wydaje nam się, że położone są one tuż obok siebie, tak naprawdę dzielą nas miliony kilometrów. Nie odczuwamy tej odległości, fizycznie wciąż jesteśmy tuż obok siebie - trzymamy się za ręce i wymieniamy kolejne pozbawione znacznie pocałunki, spędzamy noce wtuleni nawzajem w swoje gorące ciała, których jednak nie rozpala już wzajemna bliskość - ale nasze serca nie biją już w jednym rytmie, przez te wszystkie dni, zmieniające się powoli w tygodnie, miesiące i lata, zgubiliśmy ich wspólny rytm, nawet nie próbując na nowo go odnaleźć. Z każdym jego kolejnym uderzeniem byliśmy coraz dalej i dalej, nie potrafiąc przejrzeć na oczy. Dawna płomienna miłość prześlizgnęła się między naszymi palcami, a my nawet nie próbowaliśmy zatrzymać chociażby odrobiny, pozwoliliśmy, by rzekomo wieczne uczucie zostało zniszczone przez bezwzględny upływ czasu, którego nie mogliśmy zawrócić. Wyniszczaliśmy się nawzajem, odbieraliśmy sobie ostatnie okruchy radości i chociaż nie unieszczęśliwialiśmy się celowo, pragnąc swojej zguby, ja i tak czuję się odpowiedzialny za twój ból. Chciałbym, by on w jeden chwili prysł, a ty stałbyś się taki jak dawniej - mam wrażenie, że to ja jestem źródłem twoich nieszczęść. Jestem gotowy na wszystko. Jeśli dzięki temu wrócisz dawny ty, jestem gotów odejść. Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, umrę na twoje życzenie. Nie jestem w stanie zaproponować ci niczego innego, tylko to raz na zawsze mogłoby zmazać z twojej twarzy pełen smutku grymas - sam zrobiłeś już dla mnie tak wiele, że w ogromie twojego poświęcenia moja śmierć zdaje się nie mieć żadnego znaczenia. Czymże jest bowiem zniknięcie jednego nic nie znaczącego człowieka z planszy, którą dla ciebie jest całe miasto? Wśród tysięcy ludzi jestem nikim, a skoro nasze uczucie znikło, znów stałem się tylko nic nie wartym pionkiem, którym pewnego dnia pokierujesz wedle własnego uznania, a ja nawet nie zaprotestuję, uważając, że powinienem dać ci w zamian chociaż tyle.


 Każdy mijający dzień sprawia, że smutek coraz głębiej i głębiej wtapia się w twoje matowiejące oczy.
– Izaya, wszystko w porządku? – zadaję to pytanie każdego dnia, zaglądając do twojego biura, gdy pogrążony jesteś w pracy lub wieczorem, gdy szykujemy się już do snu. Za każdym razem twoja odpowiedź brzmi dokładnie tak samo, a ty zdajesz się nie zauważać, że ta sama sytuacja powtarza się już ponad pół roku. Nie potrafię rozszyfrować, czy po prostu umknęło to twojej uwadze, czy... Może po prostu nie chcesz tego zauważyć, przecież tak też może być. Tylko co chciałbyś w ten sposób osiągnąć? Nie rozumiem tego, a ty wcale nie pomagasz mi w przejrzeniu swoich myśli, dzień w dzień odpowiadając:
– To tylko zmęczenie, Shizu-chan – gdy wymawiasz te kilka słów, na twoich ustach zawsze gości pobłażliwy uśmiech; starasz się sprawiać wrażenie beztroskiego, bo przecież wielki Orihara Izaya nie może mieć żadnych problemów. Czy nie zakończyłeś tego związku tylko dlatego, że dla ciebie byłoby to równoznaczne ze swoistego rodzaju osobistą porażką? Mam nadzieję, że nie postrzegasz naszego związku w tak przedmiotowy sposób, ale z drugiej strony wiem, że sam powoli przestaję widzieć w nim to, co powinno być jego podstawą. Bliskość... Chociaż każdą wolną chwilę spędzamy razem, mam wrażenie, że to tylko przyzwyczajenie, które zamieniło się w codzienną rutynę – zjadany wspólnie przyrządzony przeze mnie obiad lub kolację, czasami nawet wypijając do niej lampkę wina, ale na tym się kończy, bo chociaż cały wieczór obejmuję cię ramionami, czuję, że myślami jesteś daleko od tej "sielankowej" scenerii. Widzę, że moja obecność nie jest tym, czego teraz pragniesz i potrzebujesz, nie ukryjesz tego przede mną. Mimo, że chciałbym, byś był względem mnie całkowicie szczery, staram się zrozumieć twoje postępowanie i nie obwiniać cię za powolny rozpad naszego związku, wciąż nawet potrafię życzyć ci szczęścia. Pragnę, by na twojej twarzy znów zagościł uśmiech nawet, gdybyśmy nie byli już razem – chcę po prostu twojego szczęścia, chociażbym poświęcić miał własne. Najważniejsze jest to, by w twoich oczach znów rozbłysły iskry, które oglądałem każdego dnia na początku naszego związku. Były jedną z tych rzeczy, które w tobie pokochałem, ale ich zniknięcie wcale nie umniejszyło mojej miłości. Wciąż w hierarchii moich priorytetów ty jesteś najważniejszy i nawet, gdyby miało sprawić mi to ból... Mam nadzieję, że zrozumiesz, czego pragniesz. Gdybyś miał ode mnie odejść, musiałbyś przysiąść, że wkrótce znajdziesz kogoś, kto będzie w stanie dać ci wszystko to, czego ja nie potrafiłem, a czego ty zawsze chciałeś.


 Mijają kolejne dni, powoli zamieniające się w tygodnie i długie miesiące, a każdy z nich wygląda niemalże tak samo. A raczej wyglądałby tak samo, gdyby nie to, że wreszcie niemal całkowicie zerwaliśmy ze sobą kontakt – chociaż wciąż mieszkamy razem, nie zamieniamy ze sobą już żadnych, najkrótszych nawet słów. Mijamy się w drzwiach mieszkania. Rano, gdy ja wychodzę do pracy, ty dopiero wracasz do mieszkania, a gdy ja skończę wreszcie pracę i znajdę się z powrotem w miejscu, które nazywaliśmy naszym wspólnym domem, po tobie zostaję tam już tylko kilka brudnych naczyń i świadomość tego, że w ogóle istniejesz. Nie wiem, co czujesz, ale jestem pewien, że za wszelką cenę starasz się mnie unikać. Nasza "miłość" całkowicie straciła znaczenie, bo tak naprawdę nie łączy nas już zupełnie nic. Samotnie spędzam każdą noc, w ramionach trzymając pachnącą tobą poduszkę i zastanawiając się, czy ty również zasypiasz, inhalując się moim zapachem. Tęsknię za ciepłem twojego ciała i miękkością twojej skóry, zapachem twoich włosów i smakiem ust. Wiele oddałbym za to, by cofnąć czas do dnia, gdy zaczęliśmy się od siebie odsuwać. Jak do tego doszło? Nie potrafiłem sobie przypomnieć; zupełnie, jakby coś nie pozwoliło mi wrócić do tych wspomnień, by naprawić tę chorą relację – może po prostu było już na to za późno?
– Przecież to niemożliwe – westchnąłem ciężko, jak każdego wieczora leżąc pod chłodną kołdrą, w łóżku pozbawionym twojego ciepła. Naprawdę nie pojmowałem, jak mogło dojść do tego, by związek, o który tak pieczołowicie dbaliśmy przez kilka lat, nagle zaczął się rozpadać. Czy zrobiłem coś nie tak? Straciłem twoje zaufanie przez kilka nierozważnych słów? Naprawdę nie wiedziałem, a sama myśl o najzwyklejszym w świecie zapytaniu napawa mnie lękiem. Boję się, że naprawdę przez to stracę cię już na zawsze. Potrzebuję cię, bo... Bo wiem, że już nigdy nie pokocham kogoś tak mocno jak ciebie – zdaję sobie sprawę z tego, że kierują mną czysto egoistyczne pobudki, ale... Jestem tchórzem i egoistą, który boi się stracić stabilny grunt pod nogami, wiedząc, że to wyłącznie z mojej winy nasz związek wygląda tak, jak teraz wygląda. Zmieniliśmy się przez niego, wywierając na siebie wzajemny wpływ. Pogubiliśmy się wśród zbyt wielu sprzecznych emocji, niepozwalających nam ujrzeć nas samych takimi, jakimi naprawdę byliśmy. Pozwalaliśmy, by zacierały się granice między rzeczywistością i fikcją. Jednak dzięki temu związkowi, niszczącemu więcej, niż kiedykolwiek potrafilibyśmy zbudować ja odkryłem już, kim jestem. Czy mógłbym więc rzec, że zyskałem coś dzięki tej burzącej relacji? Naprawdę nie miałem pojęcia i z pewnością nie miałem nigdy odnaleźć odpowiedzi również na to pytanie. Jednak zawsze, gdy zasypiam, staram się ją odnaleźć.


 Krzątając się w kuchni wcześnie rano nawet nie podejrzewałbym, że tego dnia po raz pierwszy od wielu tygodni wrócisz do domu, gdy ja jeszcze w nim będę. Zaskoczony tym spotkaniem szeroko otwieram oczy, nie potrafiąc wykrztusić z siebie nawet słowa. Ty jednak zdajesz się być tym zupełnie niezrażony – podchodzisz do mnie i zarzucasz ramiona na moją szyję, racząc mnie następnie muśnięciem policzka przez twoje chłodne, wyraźnie zmarznięte wargi. Widzę, że twoje oczy są przekrwione, a wielkie fioletowe wory pod nimi wyraźnie kontrastują z twoją bladą skórą, ale staram się nie zwracać na to uwagi. Zresztą jestem zbyt zdezorientowany, by myśleć o czymś innym niż nagła zmiana twojego zachowania; w gruncie rzeczy nie witałeś się tak ze mną już od całych miesięcy. Czy od wczorajszego poranka coś uległo zmianie, a mi po prostu umknął jakiś szczegół?
– Dzień dobry, Shizu-chan – twój pełen czułości głos zdaje się wyraźnie kontrastować z tymi wszystkimi miesiącami, które spędziliśmy równocześnie tak blisko, a tak daleko od siebie. Mimo to nie potrafię się jednak zmusić do uśmiechu i tylko patrzę na ciebie z dezorientacją, opierając drżące ze stresu dłonie na twoich biodrach i pierwszy raz od tak dawna czując ciepło twojego ciała tuż przy moim.
– Jakiś ty dziś niemrawy – mówisz z dosłyszalną w głosie troską, po czym poprawiasz pojedynczy kosmyk moich włosów, który opadł na moje prawe oko – delikatnie wsuwasz go za moje ucho, a ja wciąż nie potrafię wykrztusić z siebie chociaż jednego słowa, wydaje mi się to wręcz nieludzko trudne. W moim gardle utknęła gula, niepozwalająca odzyskać mi zdolności mowy i pilnująca, bym przypadkiem wreszcie się nie przełamał i nie wypowiedział chociażby jednego słowa. Patrzę więc tylko na twoją pobladłą twarz, czując, że nie jestem godzien tego, by w ogóle przebywać w twojej obecności. Otwieram usta, chcąc jak najszybciej wyrzucić z siebie te myśl, ale moje wargi poruszają się tylko bezgłośnie niczym u wyjętej z wody ryby, za wszelką cenę starającą się odzyskać oddech. Sam czuję się tak, jakby powietrze wokół nas w jednej chwili zgęstniało i zamiast umożliwić mi zaczerpnięcie tchu, starało się jak najbardziej mi to utrudnić, wąskim strumieniem wpływając powoli do moich płuc i dbając przy tym, by nie dostarczyć mi na raz przypadkiem wystarczającej do funkcjonowania ilości tlenu. Duszę się gęstniejącą atmosferą i nie potrafię poradzić sobie ze świadomością, że twoje zachowanie nie jest wcale tak szczere, jak mógłbym tego chcieć. Grasz, co do tego nie mam już żadnych wątpliwości, ale mimo to sam postanawiam być z tobą całkowicie szczery. Przynajmniej tyle mogę ci ofiarować.
– Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, znowu zaczniemy ze sobą rozmawiać – mówię cicho, naprawdę w tej chwili przekonany, że mój priorytet stanowi wyłącznie jego dobro. Oszukuję sam siebie, doskonale to wiedząc i przed samym sobą starając się ukryć wszystkie szkaradne uczucia, wylewające się ze mnie przy każdym wypowiadanym przeze mnie słowie. Uśmiecham się gorzko i odsuwam go od siebie delikatnym acz zdecydowanym ruchem.
– I będziesz mógł mi powiedzieć, jak bezwartościowy jestem – dodaję cicho, a twoje oczy zdają się samym swoim wyrazem wykrzykiwać tę gorzką prawdę prosto w moją twarz. Obydwoje milczymy, ale to ty jako pierwszy nie wytrzymujesz tej niszczącej ciszy i odwracasz się na pięcie, uciekając z tego pola bitwy, jakim stało się twoje własne mieszkanie. Znów zostaję całkowicie sam, zamknięty w pustym mieszkaniu, szumnie kiedyś nazywanym przeze mnie naszym domem.


 Wiem, że moje zachowanie jest godne najgorszej kary, ty zresztą również nie jesteś lepszy, ale doskonale wiem, że wina leży głównie po mojej stronie. To ja nie potrafię wszystkiego zakończyć tak jak należy, chociaż rzekomo oboje jesteśmy dorosłymi ludźmi i teoretycznie powinniśmy chociaż domyślać się, jak wybrnąć z takiej sytuacji. Niestety, czuję się teraz jak zagubiony nastolatek, dopiero co mający wkroczyć w dorosły świat i myśl o tym wcale nie pomaga mi w podjęciu jakichkolwiek kroków. Zestarzeję się i zacznę zachowywać dojrzalej – taka ewentualność wydaje się być zdecydowanie bardziej prawdopodobna, a wyrażenie "zestarzeję się" wydaje się być niemalże kluczem. Naprawdę nie wierzę bowiem w to, że przed swoją starością dojrzeję na tyle, by potrafić podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje zamiast uciekać przed nimi jak tchórz, którym w rzeczywistości byłem. Pogodziłem się już z tym faktem i nie zamierzałem mu zaprzeczać, byłoby to bezcelowe. Wzdycham ciężko i stopą odsuwam krzesło od stołu, by podpierając się drżącą dłonią usiąść na nim ciężko i wbić spojrzenie w uchwyt szafki. Po kilku sekundach bezmyślnego wpatrywania się we fronty kuchennych mebli zamykam oczy, by móc skupić się na nieprzerwanie zalewających mój umysł myślach. Jednego jestem pewien – będę jak każdy kolejny dzień w życiu, którego nienawidzisz. Przeszkodą w życiu, które przez brak nawet najdrobniejszego kompromisu musisz dzielić ze mną, z pewnością nienawidząc każdego dnia, w trakcie którego jesteś świadom, w jakiej sytuacji się znalazłeś. Musisz nienawidzić życia ze świadomością, że ja wciąż nie jestem wystarczająco daleko od ciebie i nie potrafię doprowadzić do całkowitego zerwania relacji między nami. Każdego dnia, gdy zaledwie kilka minut przed moim powrotem opuszczasz mieszkanie z pewnością marzysz o tym, by po powrocie już więcej mnie tutaj nie zastać. Niestety, nie potrafię jeszcze spakować swoim rzeczy i wyjść, zostawiając za sobą kilku lat życia, które dzieliłem z tobą. Wraz z nimi straciłbym część własnego "ja", wyrzekłbym się tej części na własne życzenie, a tego naprawdę nie potrafiłem uczynić. Tak, jak na skończonego tchórza przystało – przywiązałem się do aktualnego stanu rzeczy i chociaż sytuacja powoli wykańczała nas obydwu psychicznie, była jednocześnie wygodna. Poniekąd bowiem oboje staliśmy na dość pewnym gruncie, bo relacja między nami praktycznie już nie istniała, a nasze interakcje zdarzały się góra raz na tydzień, gdy ja ewentualnie wróciłem z pracy kilka minut wcześniej albo ty byłeś na tyle zmęczony, że nad ranem przemykałeś do łóżka, by przespać się chociaż godzinę czy dwie dłużej. Ja rzecz jasna udawałem wtedy, że wcale nie zauważyłem twojej obecności, a ty również tego zauważenia nigdy w takiej sytuacji nie wymagałeś. Żyliśmy więc nie wadząc sobie nawzajem, a jednocześnie tym niewadzeniem nawzajem dogłębnie się raniąc. Czy nasza relacja zasługiwała na miano toksycznego związku? Jeśli tylko wciąż można było określać ją mianem związku, a ja niestety całym sercem wątpiłem w to już od wielu, wielu tygodni.


***


 Po kolejnym wyczerpującym dniu szczelnie owijam się kołdrą i gaszę stojącą na szafce nocnej lampkę, przypominając sobie czasy, kiedy zawsze, gdy gasło już światło, ty obejmowałeś mnie ramionami i z uśmiechem opierałeś czoło na mojej piersi. Przez kolejne minuty głaskałem wtedy twoje plecy, opuszkami palców wyczuwając dokładnie każdy wystający kręg twojego kręgosłupa i słuchając, gdy ty opowiadałeś, co przytrafiło ci się przez cały miniony dzień. Potem się zamienialiśmy i to ja stawałem się opowiadaczem, chociaż tak naprawdę nie musiałem nic mówić, bo wiedziałeś już wszystko. Mimo to zdawałeś się być zafascynowany każdym moim słowem i naprawdę to doceniałem, uznając to za naprawdę urocze. Mogłeś przecież po prostu mruknąć ciche "dobranoc" i otulić się kołdrą, a poświęcałeś mi cenne minuty swojego snu, na który wcale nie miałeś tak wiele czasu, jak z pewnością byś chciał. Przez to tym bardziej doceniałem każdy twój najdrobniejszy gest i każdą taką inicjatywę z twojej strony przyjmując z rozwartymi szeroko ramionami, każdego dnia ze zniecierpliwieniem wyczekując, aż wreszcie znów usłyszę twój głos i będę mógł zanurzyć nos w twoich wciąż jeszcze wilgotnych po wieczornym prysznicu włosach. Teraz takie chwili stanowiły tylko bolesne wspomnienie, niewarte nawet ciągłego powracania do niego, przed czym jednak nie potrafiłem się uchronić. Jestem najwyraźniej zbyt sentymentalny, by grubą, wyraźną kreską oddzielić przeszłość od teraźniejszości i już nigdy więcej do niej nie wracać. Stanowiło to dla mnie zadanie zdecydowanie zbyt trudne, niemożliwe wręcz do zrealizowania i myśl ta wcale nie nastrajała mnie pozytywnie. Tak, jak skrzypnięcie otwieranych drzwi sypialni, które odbite od pustych ścian i w ten sposób wielokrotnie spotęgowane trafia do moich uszy, gdy ty po raz pierwszy od co najmniej pół roku starasz się jak najciszej wślizgnąć do pomieszczenia, które niegdyś stanowiło nasze wspólne schronienie przed całym światem; miejsce, w którym nie musieliśmy martwić się kolejnym dniem i wszystkimi negatywnymi emocjami. Teraz jednak, gdy wiem, że powoli zbliżasz się do łóżka, mam ochotę uciec. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle zaprzestałeś unikania mnie za wszelką cenę, ale tamten stan był zdecydowanie łatwiejszy do zniesienia i nie wymagał ode mnie tak silnej woli, by nie objąć cię ramionami, licząc na to, że ciemność nocy ukryje przed tobą moje czyny. Zamykam oczy, udając, że nie zauważam twojej obecności, a gdy materac tuż za moimi plecami ugina się pod ciężarem twojego ciała, przygryzam wargę, marząc już tylko o tym, byś w jednej chwili znikł. Po prostu rozpłynął się w powietrzu, bym nie musiał całą noc znosić twojej obecności, której jeszcze nie tak dawno pragnąłem całym sobą. Wiem, że zachowuję się tak, jakbyś zupełnie już mnie nie interesował, ale naprawdę nie potrafię inaczej, chociaż gdzieś w głębi serca podejrzewam, że w ten sposób naprawdę cię krzywdzę. Serca, które jest zimniejsze niż kamień i sprawia ci ból, ale brakowałoby ci go, gdyby zniknęło – właśnie tak to teraz widzę, chociaż ty możesz mieć w tym temacie zupełnie odmienne zdanie. Może nie chcesz, bym wiedział, co teraz myślisz? Wzdycham ciężko, chociaż wiem, że w ten sposób zdradzam się z brakiem snu i pokazuję, jak wielkim idiotą jestem.
– Shizuo? – twój głos wydaje się być cieplejszy niż kiedykolwiek wcześniej, ale doskonale wiem, że to tylko złudzenie. Milczę, nie wiedząc, jak powinienem ci odpowiedzieć. Szepnąć twoje imię głosem tak bardzo przesiąkniętym czułością, jak tylko będzie mnie na to stać? Szczerze wątpię, byś chciał tego słuchać, toteż w bezruchu wciąż wpatruję się we włącznik lampki, stojącej tuż obok na blacie nieszczęsnej szafki nocnej. Mam jednak ochotę wypowiedzieć kilka prostych słów, raz na zawsze mających potwierdzić, jak bardzo nieodpowiedzialnie się zachowywałem – "Powiedz mi, że jestem rozsądny, a założę się, że jesteś w błędzie". Słowa te moim zdaniem idealnie opisywały teraz moją osobę, ale oczywiście nie odważyłem się wygłosić tego stwierdzenia głośno.


 Kolejne minuty zdają się trwać całą wieczność. Czuję na karku twój rozgrzany oddech i nie potrafię zasnąć, doskonale wiedząc, że znalazłeś się tak niebezpiecznie blisko mnie. Z jednej strony naprawdę chciałbym uciec, by nie znosić dłużej twojej krępującej obecności, ale z drugiej pragnę cię objąć i obdarować pocałunkiem w czoło wraz z życzeniem dobrej nocy. Naprawdę szczerze tęsknię za takimi praktykami, ale wiem, że ty nie byłbyś zachwycony, gdybym tak nagle do nich wrócił. Poza tym obaj z pewnością bylibyśmy zbyt tym skrępowani, by później spokojnie przespać noc, chociaż już zanosiła się ona na bezsenną. Mam jednak wrażenie, że to "potajemne" wsunięcie się przez ciebie pod kołdrę jest dobrym znakiem, z drugiej strony nie wierząc jednak, że naszą relację można jeszcze jakoś naprawić. Zbyt wiele czasu minęło, byśmy mogli poradzić coś na wypalające się uczucie.
– Naprawdę szkoda, że tak się to skończyło – krępującą ciszę przerywa twój spokojny, niemalże wyprany z emocji głos, a moje serce zaczyna bić szybciej niż jeszcze zaledwie kilka sekund wcześniej. Nie rozumiem, czym ta reakcja jest spowodowana, ale tak naprawdę nie uważam, by zrozumienie tego było mi potrzebne, skoro i tak wszystko jest zakończone. Ot, niezobowiązująca i całkowicie naturalna reakcja na usłyszenie głosu kogoś, kogo swego czasu kochałem całym sercem.
– I naprawdę nie winię cię wcale za rozpad tego związku – dodajesz cicho, a twoja dłoń spoczywa na moim ramieniu. Delikatnie zaciskasz palce na mojej koszulce, a ja wstrzymuję oddech, czekając, aż puścisz wreszcie stary, przetarty już lekko i sprany materiał. Z tego co pamiętam, niekiedy podbierałeś mi tę koszulkę i sam w niej spałeś, czasami nawet spędzając w niej cały kolejny dzień i bezwstydnie kusząc mnie długimi, odsłoniętymi nogami, którym nie potrafiłem się oprzeć. Teraz jednak, chociaż kiedyś same myśli o twoim ciele były po prostu elektryzujące, nie mam problemu ze zignorowaniem ewentualnej ekscytacji, która nawet się nie pojawia. Twoje ciało stało mi się równie obojętne co twoja osobowość i twoje uczucia. Naprawdę smutne, ale niestety prawdziwe.
– Cieszę się, że mi wybaczyłeś – mówię wreszcie i delikatnie dotykam jego zimnej dłoni, wciąż uparcie spoczywającej na moim ramieniu. Twoje wybaczenie naprawdę wiele dla mnie znaczy, ale tak naprawdę w obliczu całego minionego czasu nie ma żadnego znaczenia. "Wybaczenie" zdaje się być tylko pustym słowem, nieniosącym żadnego głębszego znaczenia i szczególnie ważnej treści. Jest czymś, co jak najszybciej powinniśmy puścić w niepamięć i już więcej o tym nie wspominać, tak jak o czasie, który bezcelowo sobie poświęciliśmy. Dlatego... Mam tylko nadzieję, że kiedyś będziesz mógł zapomnieć. Sądzę, że nie powinno być to dla ciebie trudne bo jako informator nie powinieneś zaśmiecać sobie umysłu zbędnymi informacjami. Sam zresztą mówiłeś, że potrafisz wymazać ze swojej pamięci niepotrzebne ci już szczegóły, a więc myślę, że usunięcie z niej kilku nieprowadzących do niczego wspomnień z moim udziałem nie powinno być szczególnie wymagające.


 Wiem, że wszystko jest skończone i dlatego wreszcie decyduję się nad ramieniem obrzucić spojrzeniem twoją twarz.
– Jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, wyprowadzę się z miasta – proponuję chłodno, samemu tak naprawdę nie potrafiąc rozstrzygnąć, czyje dobro mam w takiej chwili na uwadze. Własny komfort psychiczny czy niechęć do dalszego marnowania mu życia? Wzdycham ciężko i zrzucam jego drobną acz silną dłoń ze swojego ramienia, nie chcąc czuć dłużej na sobie jego mylącego dotyku, zbyt silnie przypominającego mi czasy, które nie miały już nigdy powrócić.
– Tokio jest wystarczająco duże dla nas dwóch – odpowiadasz równie ozięble, drugą dłonią obejmując tą odepchniętą przeze mnie. Patrząc na ciebie uważnie, odwracam się na plecy, by móc lepiej cię widzieć. Chcę móc dokładnie oglądać wszystkie malujące się na twojej zmęczonej twarzy emocje, chociaż dobrze wiem, że nie mogę liczyć na możliwość ujrzenia na niej całej palety uczuć, jakimi tylko dysponują ludzie. Mam jednak nadzieję, że w twoich oczach odbije się chociaż cień smutku, którego w ciemności nocy nie potrafię jednak dostrzec. Chociaż przez niezasłonięte niczym okno do pokoju wpada srebrne światło księżyca zmieszane z żółtawym blaskiem ulicznych latarni, powstała w ten sposób świetlna mieszanka pozwala mi tylko na wydobycie z mroku ogólnego kształtu twojej twarzy i częściowo skrytej pod kołdrą sylwetki. Odnoszę wrażenie, że schudłeś, ale tak naprawdę nie patrzyłem na ciebie już tak długo, że może być to tylko iluzja wywołana przez nierównomiernie rozmieszczone na twoim ciele głębokie cienie, skutecznie sprawiające, że twoja sylwetka zlewa się z powierzchnią zmiętej kołdry. Wzdycham po raz kolejny, całkowicie zdecydowany już na to, że to ja jak najprędzej opuszczę miasto. Chociaż w słowniku egoistycznego tchórza, którym bez dwóch zdań z pewnością byłem również w twoich oczach, słowa "jak najprędzej" musiały zdawać się być całkowitą abstrakcją, ja naprawdę chociaż raz w życiu zamierzałem się do nich dostosować. Nie chcę dopuścić do tego, by twoje życie zmieniło się jeszcze bardziej tylko z mojego powodu. Najważniejsze jest to, byś to ty czuł się dobrze w znanym ci miejscu i wciąż mógł prowadzić w nim swój interes, spotykać się z ludźmi, których znasz od lat. Nie musisz nic zmieniać. Odebranie sobie wszystkiego, co znałem i było mi drogie będzie moją pokutą za wyrządzoną ci krzywdę. Uśmiecham się gorzko i z czułością dotykam twojego policzka, przez dłuższą chwilę patrząc wprost w twoje przepełnione dezorientacją oczy.
– Postaram się nie wchodzić ci w drogę. Obiecuję, już nigdy więcej nie będziesz musiał mnie oglądać – zapewniam go z przekonaniem i na kilka sekund zamykam oczy, wciąż dotykając twojej twarzy.


 Otwieram oczy i podnoszę się na łokciu, by sięgnąć po leżącą na szafce nocnej komórkę. Gdy tylko moje palce zaciskają się na urządzeniu, opadam z powrotem i przy pomocy kilku szybkich ruchów kciuka otwieram folder zapełniony zdjęciami. Na niemalże każdym jesteśmy razem, tylko od czasu do czasu pojawia się fotografia, na której występujesz zupełnie sam. Wszystkie łączy jednak jedna wspólna cecha – są tak przesycone miłością i przywiązaniem, że na sam ich widok zaczyna mnie mdlić. Każda z nich wydaje się być niemalże karykaturą przepełnionej miłością relacji dwojga ludzi, ale najwięcej bólu sprawa mi świadomość, że nasze życie swego czasu faktycznie było tak wspaniałe i szczęśliwe jak na tych fotografiach. Było bajką, która nie miała nigdy się skończyć, a jednak pozostały po niej teraz tylko łzy, niedosyt i ciągle zadawane pytanie, dlaczego nie skończyła się ona inaczej. Mieliśmy przecież szansę wciąż żyć jak w baśni, szczęśliwi i całkowicie zatraceni w sobie nawzajem, prawda? Uśmiecham się sztucznie i włączam pierwszą fotografię, zaraz po tym w wyświetlających się u dołu funkcjach wybierając "usuń". Bez zastanowienia potwierdzam tę operację, z jednej strony w głębi serca rzewnie płacząc nad stratą ostatnich pamiątek pozostałych po naszym związku, a z drugiej mając wrażenie, że w ten sposób wreszcie mogę odwrócić się od przeszłości.
– I jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, pozbędę się wszystkich twoich zdjęć – szepczę, usuwając jedną fotografię za druga i kątem oka dostrzegając, że twoje oczy lekko się zaszkliły. Ignoruję to jednak, uznając to za zwykłe złudzenie spowodowane odbiciem światła czy efekt zmęczenia. Mogło być to spowodowane dosłownie wszystkim poza rzecz jasna żalem. Nie mogłem bowiem skrzywdzić go jeszcze bardziej niż dotychczas, usuwając w dodatku tylko pamiątki po tym, co już nigdy nie miało wrócić. Według mnie powinno nam to pomóc, ale za każdym kolejnym razem, gdy znów wciskałem "usuń", coraz bardziej i bardziej w to wątpiłem. Nie zaprzestałem jednak wykonywania tej operacji, dopóki cały folder nie został opróżniony. Postaram się nie pojawić na żadnym zdjęciu, które zrobisz – obiecuję w myślach, zaraz po tym odrzucając telefon w bok i już dłużej nie interesując się jego losem. Bezpowrotnie pozbyłem się ostatniego łącznika ze wszystkimi bolesnymi wspomnieniami, które dotyczyły twojej osoby, ale... Wcale nie czuję się z tego powodu lżej. Odnoszę wrażenie, że popełniłem błąd jeszcze większy niż dopuszczenie, by relacje między nami zaczęły się psuć.
– Nie musiałeś tego robić – mówisz cicho, a ja nie jestem w stanie spojrzeć na twoją twarz, bojąc się tego, jakie emocje mogą się na niej malować, a samemu czując napływające do oczu łzy. Gwałtownie pocieram powieki rąbkiem poszewki i warczę pod nosem niezrozumiałe nawet dla mnie samego przekleństwa, starając się jak najszybciej pozbyć tego otumaniającego smutku, wypełniającego powoli całą moją osobę. Dlaczego tak się czuję, skoro cała miłość już dawno ze mnie wyparowała?


 Po dłuższej chwili wreszcie jestem w stanie na ciebie spojrzeć, ale ku memu zdumieniu okazuje się, że twoja twarz jest pozbawiona emocji niczym czysta, biała kartka, nieskalana nigdy żadnym negatywnym słowem.
– Więc powiedz, że z nami koniec albo weź się w garść – mówisz niemalże oskarżająco, a ja głośno przełykam ślinę, nie wiedząc, jak powinienem na to żądanie odpowiedzieć. Czy nasz koniec nie nastąpił już niemalże całe wieki temu? Zawsze byłem przekonany, że obaj byliśmy tego końca absolutnie świadomi, ale teraz zaczęły targać mną narastające wątpliwości. Może w twoich oczach wina za rozpad tego związku naprawdę leżała tylko po mojej stronie? Może byłeś przekonany, że odsunąłem się od ciebie z własnej woli? Może czekałeś na jakiś mój ruch, mający naprawić tę zniszczoną relację? Nie wiedziałem i nie potrafiłem znaleźć w sobie wystarczająco wiele odwagi, by po prostu cię o to zapytać; zadanie to wydawało mi się być niewyobrażalnie trudne i wręcz niewykonalne dla kogoś tak przeciętnego i tchórzliwego jak ja. Mocno przygryzam wargę i kątem oka znów spoglądam na ciebie, naprawdę przerażony tą sytuacją i zagubiony pośród wszystkich tych niewypowiedzianych słów. Mam wrażenie, że panujący w mojej głowie mętlik z sekundy na sekundę tylko coraz bardziej się powiększa, stając się wreszcie równie nieprzenikniony, co wyraz twojej twarzy. Wydajesz się być całkowicie niezaineresowany tą sytuacją, jakbyś wcale nie był jej częścią, ale ja jestem pewien, że za maską obojętności powstrzymujesz łzy zupełnie tak jak ja. Czy mam rację? Nie wiem tego tak jak i dziesiątek innych rzeczy związanych z twoją osobą, ale naprawdę gorąco pragnę poznać odpowiedź na wszystkie dręczące mnie pytania.
– Powiedz, że chciałeś lepszego wyjścia – mówisz cicho, ale w twoim głosie pobrzmiewa niemalże rozkaz. Tak, jakbyś chciał teraz usłyszeć zapewnienia, że naprawdę nie marzyło mi się takie zakończenie naszej bajki, której czar prysł już dawno, dawno temu. Staram się odnaleźć odpowiednie słowa, ale im więcej dokładam starań, tym mniej pomysłów nawiedza mój umysł. Wreszcie zdaję sobie sprawę z tego, że z pustki nie zdołam wydobyć żadnej mogącej cię zadowolić odpowiedzi i po prostu zamykam oczy, mając nadzieję, że nie będziesz starał się po raz drugi podejmować tematu. Jestem jednak w błędzie, wierząc w to, że mógłbyś tak po prostu zignorować mój brak odpowiedzi.
– Shizuo – zaczynasz, ale twoja wypowiedź kończy się głębokim, przesyconym żalem westchnieniem zaraz po jej rozpoczęciu. Rozumiem, że tobie również jest ciężko i chociaż bardzo chciałbym ci pomóc, po prostu nie jestem w stanie.
– Przepraszam, Izaya – szepczę i mocniej zaciskam powieki, mając nadzieję, że w zaledwie kilka sekund stracę kontakt z rzeczywistością i nie będę musiał kontynuować tej rozmowy, która tak naprawdę z rozmową nie ma wiele wspólnego. Najbardziej pragnąłbym jednak, by problem w jednej chwili znikł wraz z moim życiem, bezboleśnie zakończonym we śnie.


 Jesteś spokojny i opanowany. Zdajesz się być niemalże z dala od dręczącej nas przeszłości, a ja całym sercem pragnę, by i mi udzielił się twój spokój. Wiem jednak, że nie jet to możliwe i sam muszę poradzić sobie ze wszystkimi sprzecznymi emocjami, które mnie wypełniają.
– Shizu-chan? – twój cichy głos rozbrzmiewa wewnątrz mojej czaszki, a ja staram się całkowicie cię zignorować, ale mimo wszelkich chęci po prostu nie potrafię. Mocniej zaciskam powieki i mam nadzieję, że znikniesz, a cała ta sytuacja okaże się być tylko snem. Złym snem, z którego zaraz się wybudzę, by następnie w przeciągu najwyżej godziny po prostu zapomnieć o wszystkich rozgrywających się w nim wydarzeniach. Rzeczywistość postanawia jednak boleśnie przypomnieć mi, że nie jestem w stanie od niej uciec, bo ty znów kładziesz drobną, kościstą dłoń na moim ramieniu, a ja nie potrafię cię odepchnąć i powstrzymać się od spojrzenia na twoją twarz.
– Izaya – mówię cicho, niemalże lodowato, chociaż nie chciałem, by mój głos tak przesycony był chłodem i obojętnością. Na twojej twarzy pojawia się blady uśmiech, którego widoku nie potrafię tak po prostu zignorować, chociaż do tej pory byłem absolutnie pewien, że wcale mi już na tobie nie zależy. Najwyraźniej jednak przez te wszystkie miesiące żyłem w błędzie, na siłę dystansując się od ciebie. Czy to możliwe? Nie obchodzi mnie teraz zastanawianie się nad realnością takiej ewentualności. Tylko jedna myśl pojawia się w mojej głowie, chociaż wydaje mi się niemożliwością, bym mógł coś takiego pomyśleć – "Pozwól ujawnić się swojemu pięknu, które blednie jak skóra rozciągnięta na twoich kościach". Dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo wymizerniałeś przez te wszystkie miesiące odosobnienia i zastanawiam się, czy do takiego stanu doprowadziła cię tylko tęsknota za tym, co straciliśmy. Wszystko co tak w tobie kochałem powoli gaśnie, a blada, cienka i sucha jak pergamin skóra obleka wystające zewsząd kości. Widzę dokładnie każde twoje żebro, obojczyki i biegnące od nich ścięgna zdając się niemalże nie należeć do twojego ciała, kości policzkowe nigdy nie były tak wydatne, a twoje ręce i nogi tak wychudzone. W moich oczach zdajesz się być niemalże cieniem dawnego siebie, ale gdy zmuszam się do objęcia cię, czuję, że jednak wcale nie jest tak źle. Schudłeś, ale to gra światła sprawiła, że bladość twojej skóry i chudość twojego ciała zostały tak uwydatnione. Nie mo to jednak dla mnie już żadnego znaczenia, bo wreszcie trzymam cię w ramionach, chociaż nigdy wcześniej nie czułem się tak nieswojo, obejmując kogokolwiek. Boję się, że zostanę odrzucony, ale gdy twoje ramiona oplatają moją szyję, wiem, że mój strach nie jest potrzebny i może tylko jeszcze bardziej nam zaszkodzić. I chociaż nie czuję jeszcze tego, co dawno, dawno temu, jestem pewien, że to uczucie wkrótce powróci.


 Patrzę na twoją twarz, nie potrafiąc oderwać od niej spojrzenia. Jesteś tak słaby, stojąc przed sądem, odpowiadając za swoje grzechy, starając się pozostać opanowanym.Obaj uczyniliśmy względem siebie wiele złego i obaj przez najbliższe miesiące będziemy odpokutować te grzechy, ale wiem, że na pewno nam się uda, jeśli będziemy ciężko pracować nad odbudowaniem naszej relacji. Wiem, że nie będzie ona najprawdopodobniej taka jak za dawnych, najlepszych dla nas czasów, ale pozwoli nam chociaż posmakować tego, co było wcześniej i wrócić pamięcią do wspólnie spędzonych chwil. I chociaż jak na razie ciężko jest mi pomyśleć chociażby o całowaniu cię na dzień dobry czy obdarowaniu cię równie czułym gestem na dobranoc, mam nadzieję, że kiedyś na nowo zdołam się przełamać, żeby znów nie dopuścić do popsucia się naszej relacji. Nie mogliśmy znów się od siebie oddalić i stracić tego, co kiedyś było dla nas najważniejsze – własnej wzajemnej obecności i wsparcia. Uśmiecham się blado, nie potrafiąc na razie wymusić z siebie niczego więcej.
– Kocham cię – mówisz spokojnie i chociaż w twoim głosie nie słychać dawnego ciepła, wiem, że mówisz to absolutnie szczerze. Przynajmniej ja chcę w to wierzyć. Przecież... Jesteś jak krew w moich żyłach. Wypełniasz mnie całego, pokazując mi, że bez ciebie nie byłbym w stanie funkcjonować, chociażby twoja bliskość miała być tylko mającą zranić mnie w przyszłości iluzją.






1 października 2016

Jeszcze żyję!

Żyję! Żadnego posta nie było już od miesiąca, bo oczywiście w wakacje jak zwykle chwyciło mnie w swoje szpony lenistwo, a teraz... Zwykle pisałam w nocy, ale jeszcze nie przyzwyczaiłam się do tak wczesnego wstawania i po powrocie ze szkoły po prostu padam na twarz. Zasłaniałabym się nawałem pracy w liceum, ale po moim cudownym gimnazjum czuję się jak w podstawówce - dawno tyle czasu po ppludniu nie miałam, ale niestety wena odchodzi i wraca dopiero o nocnych godzinach, które to wolę jednak poświęcić na sen. :'3 No i w sumie zdradzam wszystkie moje ff z rp, które po pół roku w wakacje wróciło do życia i na jego rzecz porzuciłam wampirka i YGMS. Nie bijcie. XD Nie wiem, kiedy zechce mi się ruszyć odwłok do pisania, ale w sumie od paru dni przymierzam się do trącenia nieszczęsnego wampirka chociażby kijem, choć jak na razie na zalążku chęci się kończy. W gruncie rzeczy blog jednak nie umarł i nie waszecie się nawet tak myśleć, bo za jakiś czas (znowu) przeżyje reaktywacje, żeby po około dwóch miesiącach po raz kolejny umrzeć. Szczerość. :> Ale obiecuję, że wkrótce coś się pojawi! Jak nie rozdział, to songfic, bo mam już kawałek kolejnego takiego depresyjnego tworu. Czekajcie. ^^